Forum Krzyż
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Styczeń 22, 2021, 18:00:15 pm

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukaj:     Szukanie zaawansowane
Skauci św. Bernarda

http://ssbc.pl/
221051 wiadomości w 6378 wątkach, wysłana przez 1584 użytkowników
Najnowszy użytkownik: MONSIGNOR
Strona główna Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja
Forum Krzyż  |  Traditio  |  Katolicki punkt widzenia  |  Wątek: Sacrum i architektura rzeczywistości
« poprzedni następny »
Strony: [1] 2 Drukuj
Autor Wątek: Sacrum i architektura rzeczywistości  (Przeczytany 1643 razy)
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1248

« dnia: Grudzień 01, 2018, 12:19:17 pm »

Sacrum i architektura rzeczywistości

W ostateczności różnica pomiędzy człowiekiem tradycji, człowiekiem autentycznie religijnym, a człowiekiem współczesnym czy też nowoczesnym zasadza się na tym, iż ten pierwszy ma naturalną, zgoła odruchową zdolność do poruszania się w tym specyficznym wymiarze ludzkiego życia, jakim jest sfera sacrum.

Oczywiście wiemy od Oliviera Messiaena, że "nie ma prawdziwej muzyki świeckiej ani prawdziwej muzyki świętej, lecz jedynie rzeczywistość widziana z dwóch różnych stron" - ale w takim razie możemy po prostu mówić, jeżeli tak będzie wygodniej, o umiejętności oglądania rzeczywistości od strony sacrum.

Co ciekawe, zarysowanej na początku różnicy (nawet jeśli jest ona tylko uproszczeniem) nie należy utożsamiać z dychotomią wierzący - niewierzący czy nawet pobożni - obojętni. W dzisiejszych czasach spotkać można wielu ludzi, którzy niewątpliwie wierzą w Boga, a nawet praktykują konkretną ścieżkę religijną, a mimo tego nijak nie dałoby się ich przypisać do kategorii człowieka tradycji (w rozumieniu autorów takich jak choćby Eliade). Mało tego: ludźmi tradycji niekoniecznie są nawet świadomi tradycjonaliści - niezależnie od tego, czy mówimy o integrystach w łonie danego wyznania, czy o tradycjonalistach "ponadkonfesyjnych". W przypadku wielu z nich przylgnięcie do sakralnego obrazu świata jest trochę sztuczne, może nawet wymuszone, wynika z pewnej racjonalnej decyzji, jest wreszcie czymś, na co osoby te są w stanie spoglądać z dystansem, z zewnątrz. Tymczasem dla człowieka przednowoczesnego, a więc w pełni tradycyjnego, spoglądanie na świat przez pryzmat sacrum jest czymś oczywistym, wpojonym od małego, instynktownie przychodzącym na myśl, często wręcz nieuświadomionym. Aborygen w Australii, kultywujący obrzędy dane przez mitycznych przodków w Czasie Snu nie wie przecież, że reprezentuje "mentalność przednowoczesną" czy "mityczną wizję rzeczywistości" - chyba że zapisał się na uniwersytet założony przez przedstawicieli cywilizacji nowoczesnej. Nierzadko jednak taki krok będzie niczym zerwanie jabłka z zakazanego rajskiego drzewa.

Ale czym właściwie jest ta sfera sacrum? Ogólnie rzecz biorąc, na rzeczywistość i nasze życie spoglądamy zawsze z kilku czy kilkunastu podstawowych punktów widzenia. Albo też: ma ona kilka różnych wymiarów. Dla przykładu, istnieje wymiar gospodarczy: produkcja żywności, odzieży i wszelkich innych dóbr. Istnieje wymiar polityczny, a więc poziom, na którym rozpoznajemy wrogów i przyjaciół publicznych, organizujemy się we wspólnoty, dbamy (lub nie) o dobro wspólne, toczymy kolektywne konflikty. Jest też miejsce dla nauki, która pozwala nam poznawać świat (zarówno materialny, jak i idealny, vide matematyka) oraz dla sztuki. Ta ostatnia zaspokaja nasze potrzeby estetyczne, przez co należy rozumieć osiągnie pewnej szczególnej przyjemności i poczucia spełnienia na poziomie emocjonalnym, a po części i fizycznym. Wielu powiedziałoby nawet, że sztuka zaspokaja potrzeby duchowe. Takie postawienie sprawy nie jest samo w sobie niczym złym, jakkolwiek pojęcia "ducha" i "duchowości" nierzadko nadużywa się w tym kontekście. Mniejsza jednak o to, przejdźmy do sfery religii, sfery sacrum.

Otóż dla człowieka tradycyjnego jest to po prostu odrębny, szczególny, inny wymiar życia i całej rzeczywistości - albo też specyficzny sposób spoglądania na nią. W istocie sposób ten jest priorytetowy względem innych, ale o tym za chwilę. Na razie istotne jest dla nas to, że dla człowieka tradycyjnego wymiar ten w zasadzie nie jest redukowalny do innych. To znaczy: ma wartość samą w sobie. Oczywiście, nierzadko prości ludzie, zwłaszcza w religiach pogańskich, a przynajmniej, gdy są one w fazie moralnego i doktrynalnego rozkładu, traktują sferę sacrum ściśle użytkowo, licząc na banalne korzyści doczesne w zamian za ofiary i modły. Jest to raczej myślenie magiczne, ale jeśli spojrzymy pod powierzchnię, to przekonamy się, że myślenie takie pokonywano wszędzie tam, gdzie na bazie religii wykwitła głębsza metafizyka. Co więcej, nawet prości ludzie zdawali sobie sprawę z tego, że to wszystko nie jest takie proste - i że wiele działań na płaszczyźnie  sacrum albo nie daje automatycznie namacalnych skutków, albo nawet nie ma ich dawać i nie temu służy.

Ta nieredukowalność nie powinna nas zaskakiwać. Dlaczego miałaby? Czy gospodarkę uzasadniamy poprzez sztukę? Czy upieramy się, że sztuka jest funkcją gospodarki? Czy twierdzimy, iż nauka powstała, by służyć polityce? Czy może twierdzimy, iż polityka w ostatecznym rozrachunku sprowadza się do gospodarki lub nauki? Oczywiście nie (jakkolwiek istnieją takie redukcjonistyczne teorie - niemniej nie trzeba ich podzielać i zresztą mało kto upiera się, iż stanowią one jedyne możliwe wyjaśnienia obserwowanych zjawisk). Zadziwiające więc, że tak łatwo przychodzi nam uzasadnianie religii poprzez sprowadzanie jej do tych innych wymiarów: religia jako narzędzie kontroli politycznej, religia jako pretekst do uniesień estetycznych etc. Naturalnie szczegółowe omówienie tego zagadnienia wykraczałoby poza ramy niniejszego, krótkiego przecież artykułu. Dość powiedzieć, że wielu myślicieli - jak choćby Eliade czy Otto - w rozmaity sposób uzasadniało ową nieredukowalność, analizując zarówno doktryny, jak i ich ewolucję w historii.

Jeśli mówimy o "działaniach na płaszczyźnie sacrum", to mamy oczywiście na myśli rytuał, mit i symbol. Z perspektywy człowieka otwartego na sacrum rzeczywistość jest jakby wielką budowlą, w której istnieje komponent fizyczny i komponent duchowy, a oba łączą się w skomplikowaną konstrukcję architektoniczną. Widać to w rozmaitych starożytnych kosmologiach tudzież w analizach rzeczywistości niebiańskiej (chóry anielskie u Dionizego Areopagity). W szczególności rzeczywistość materialna odzwierciedla w pewien (niedoskonały) sposób plan duchowy, a działania podejmowane w życiu codziennym pozwalają na współuczestniczenie w wymiarze metafizycznym. Ten sposób myślenia jest zupełnie obcy człowiekowi współczesnemu, dla którego rzeczywistość w zasadzie nie ma jakiegoś szczególnego sensu. A jeśli nawet ma, jeśli nawet ów współczesny człowiek jest "wierzący" i zakłada istnienie Opatrzności, to i tak należy ten sens ściśle oddzielić od innych płaszczyzn postrzegania świata: stąd w nowożytności po prostu nie wolno wplatać metafizyki do science albo przenosić perspektywy religijnej na grunt polityczny.

Ks. Jerzy Grześkowiak, zresztą daleki tak od integryzmu katolickiego, jak i od tradycjonalizmu w sensie, nazwijmy to, "eliadowskim", trafnie opisuje różnicę pomiędzy tradycyjnym i współczesnym postrzeganiem świata:

"Człowiek starożytny wszędzie w całej rzeczywistości odnajdywał symbole bóstwa. Myśląc kategoriami metafizycznymi we wszystkich rzeczach na podstawie analogii odkrywał ślady świata duchowego i Transcendencji. Natomiast człowiek ery technicznej całą otaczającą go rzeczywistość ujmuje tylko racjonalnie i funkcjonalnie. Charakterystyczną cechą tzw. mentalności technicznej jest ujmowanie i wartościowanie wszystkich zjawisk w kategoriach użyteczności i skuteczności. Nie ma dziś zrozumienia dla spraw, które nie przynoszą bezpośrednio korzyści, a tym bardziej dla zagadnień metafizycznych. Postawę wyrażającą się w pytaniu "dlaczego?" wyparła postawa pozytywistyczna stawiająca na pierwszym miejscu pytanie "jak?" i "co mi to da?". Człowiek dziś nie chce już wmyślać się w rzeczy, lecz pragnie je mieć i używać. Dawniej zdawano sobie sprawę, że każda rzecz coś "mówi", że wyraża jakiś apel, zobowiązanie. (...) Fakty materialne traktowano jako przekaźniki poselstwa międzyosobowego".
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1248

« Odpowiedz #1 dnia: Grudzień 01, 2018, 12:19:35 pm »

Nawet jeśli ten obraz "człowieka starożytnego" jest nieco wyidealizowany, to jednak istota dychotomii została oddana właściwie. Jednym z kluczowych pojęć jest tu np. symbol. Dla człowieka starożytnego esencjonalne było posługiwanie się symbolami - przy czym znaki owe były nie tylko skrótami myślowymi, jak dziś "gołąbek pokoju". Były raczej łącznikami z rzeczywistością metafizyczną, nawet jeśli łączność ta bardziej niż przez ratio odbywała się przez gnozę i intuicję (ale niekoniecznie przez emocje i sentymenty, nie mylmy tych rzeczy). Kardynał Danielou w swoim epitafium dla Renata Guénona pisał tak:

"Nauka powiększa wymiary klatki, w której uwięziony jest umysł człowieka, ale nawet cała nauka świata nie wyzwoli człowieka z niej. Ale przy intuicyjnym postrzeganiu symbolizmu umysł wydostaje się z rzeczywistości materialnej, aby dotknąć innej rzeczywistości, zewnętrznej: to jest powiększenie, uwznioślenie ducha." [ii]

Oczywiście trzeba te różne oglądy rzeczywistości stosować właściwie: to inna sprawa. Dla przykładu, tak jak współczesny człowiek jest ślepy na metafizykę, tak i niektórzy niewcześni odtwórcy myślenia tradycyjnego zatracają różnicę pomiędzy poziomem duchowym a poziomem materialnym i próbują (w sposób na ogół nieudolny) przenosić kategorie mityczne na historię, geografię czy kosmologię. Stąd biorą się ci, którzy literalnie wierzą, że Ziemia nie tylko jest, ale wręcz musi być nieruchoma i położona w geograficznym centrum Wszechświata, bo inna jej pozycja rzekomo kłóciłaby się z metafizyczną prawdą o powołaniu człowieka i jego roli jako korony stworzenia. Inni sądzą z kolei, że takim zgrzytem na linii przyrodzoność - transcendencja byłaby już sama kulistość Ziemi. Należy być ostrożnym przy tego rodzaju teoriach: o ile bowiem wypada docenić i kultywować metafizyczne rozważania alchemików czy kabalistów (przynajmniej te, które mieszczą się w ortodoksji), o tyle dość niedorzecznym pogaństwem i czarownictwem byłaby próba rekonstrukcji chemii w oparciu o teorię żywiołów, podobnie jak analizowanie odległości między obiektami kosmicznymi (a tym bardziej sensu wydarzeń historycznych) na podstawie numerologicznych rozważań gematrii.

Wróćmy do symboli. Uwagi podobne do tych, które już cytowaliśmy, poczynił także Jean Hani w swojej wybitnej "Symbolice świątyni chrześcijańskiej". Przytoczmy dłuższy fragment:

Chodzi o to, że dzisiejsza mentalność nie dysponuje takimi wyobrażeniami kosmologicznymi, które pozwoliłyby uchwycić te postacie symboli, brak nam odpowiedniego "obrazu świata" czy "systemu świata", jakby powiedział Duhem. Człowiekowi współczesnemu świat jawi się jako zlepek zjawisk, podczas gdy dla człowieka tradycyjnego - na Zachodzie mniej więcej do czasów Kartezjusza - świat stanowił organizm harmonijny i zhierarchizowany, którego chrześcijańską formułę znajdujemy u Dionizego Areopagity, a ten z kolei odsyła nas do Platona. Współczesna koncepcja świata jest czysto kwantytatywna, świat jest postrzegany jako energia i materia produkująca zjawiska, a w konsekwencji "klucz" do świata pozostaje nieosiągalny. Nauka współczesna wyczerpuje się w odkryciach, niewątpliwie spektakularnych, które jednak nie dają nadziei na prawdziwe wyjaśnienie rzeczywistości.

W koncepcji tradycyjnej - jakościowej - w mniejszym stopniu bierze się pod uwagę zjawiska siły i materii, w większym natomiast stopniu uwzględnia się wewnętrzną strukturę świata, jego duchową architektonikę, wywiedzioną z metafizyki, przede wszystkim Platona, podjętej i przyswojonej przez pierwszych Ojców Kościoła. W tej ostatniej wizji świata, czyli kosmologii, quasi duchowa jedność wszystkich części Kosmosu pozwala odkryć analogie i odpowiedniości między poszczególnymi jego elementami, a następnie między owymi elementami oraz ich ontologicznym modelem, który znajduje się w Bogu i według którego Bóg je stworzył, urzeczywistnił w porządku przestrzenno-czasowym. Na tym opiera się symbolika kosmologiczna, rozwijająca się na dwu hierarchicznych poziomach: symboliki części wobec całości wszechświata oraz - na planie wyższym - symboliki universum i jego częsci wobec świata boskiego. "Każda rzecz w każdej ze swych właściwości - pisze św. Bonawentura - ukazuje boską Mądrość i ten, kto pozna te właściwości bytów, zobaczy Ją jasno. Wszystkie stworzenia świata widzialnego prowadzą nas do Boga: bo są one cieniem, wizerunkiem, śladem, obrazem, przedstawieniem Przedwiecznego, Mądrości, najwyższej Zasady wszystkiego; są obrazem Źródła i Światła, wiecznej Pełni, suwerennego Archetypu: są znakami danymi nam przez samego Boga".

(...)

Dla człowieka tradycyjnego, uczestniczącego całym swoim jestestwem we wszechświecie organicznym i hierarchicznym, ta sytuacja nie przedstawiała żadnej trudności: symbole kosmologiczne - klucz do symboli teologicznych - przyjmował on jako obecne i oczywiste, jakkolwiek niemal zawsze implicite, w wytworach sztuki. Dla człowieka współczesnego już one nie istnieją i należy je dla niego ożywić.
[iii]

Widzimy więc, że dla człowieka tradycyjnego współczesny mieszkaniec Zachodu jest tak jakby pozbawiony pewnego zmysłu, ślepy na oczywiste doświadczenie sacrum. Z drugiej strony, ów  człowiek nowoczesny ma jednak, przynajmniej potencjalnie, wszelkie narzędzia niezbędne do tego, by się otworzyć: posiada ciało, duszę i pneumę. Stąd też jego ignorancja jest częściowo zawiniona, a w każdym razie - naprawialna.

Wydaje się to aroganckie, ale wyobraźmy sobie, że spotkalibyśmy kogoś, kto jest absolutnie nieczuły na muzykę (lub sztukę w ogólności). Kogoś, dla kogo ów wymiar rzeczywistości w ogóle nie istnieje, kto demonstracyjnie upiera się, że oglądanie figur wymalowanych farbami naniesionymi na płótno jest czymś frontalnie niedorzecznym, podobnie zresztą jak słuchanie abstrakcyjnych kompozycji dźwiękowych wygrywanych przy pomocy dziwnych urządzeń (takich jak skrzypce) czy śledzenie poczynań ludzi udających na deskach scenicznych, że są kimś innym niż są naprawdę. Do tej listy człowiek ów dorzuciłby jeszcze np. czytanie o przygodach wymyślonych postaci, a szczególne ostrze swej krytyki wymierzyłby w pomysł stylizowania języka w nietypowy, niecodzienny sposób na potrzeby czegoś, co my nazywamy "poezją", a co dla niego jest nonsensem nie dającym żadnego pożytku. Niewątpliwie taka osoba wydałaby się nam przypadkiem bardzo smutnym, pozbawionym jakiejś elementarnej wrażliwości. Trudno byłoby nam  z nią polemizować, bo prędzej czy później musielibyśmy niczym w owej słabej powiastce Gombrowicza zapewniać naszego rozmówcę, że ta czy inna rzecz "zachwyca". Byłoby to dla nas irytujące - zwłaszcza zaś, gdybyśmy mieli podstawy sądzić, iż postawa tej osoby nie wynika tak naprawdę z jakiegoś fizycznego upośledzenia, ale z przyjętej arbitralnie ideologii, z pewnego zacietrzewienia.

Otóż bardzo podobnie z perspektywy człowieka tradycyjnego prezentuje się człowiek współczesny, zwłaszcza ateista czy agnostyk, ale niekoniecznie nawet. Jest on kimś, kto nie dostrzega elementarnych sensów i porządków, widocznych w rzeczywistości materialnej; i kimś, kto nie rozpoznaje podstawowych struktur na planie metafizycznym, który to plan zresztą z założenia neguje. By posłużyć się analogią matematyczną (to oczywiście tylko analogia!): człowiek tradycji jest jak matematyk, który (lepiej lub gorzej, ale jednak) w zastanym materiale rozpoznaje zawieranie się jednych zbiorów w drugich, relacje między ich elementami, szczególne klasy funkcji, rozmaite struktury algebraiczne i ich własności topologiczne; człowiek współczesny jest jak ktoś, kto widzi jedynie przypadkowe, oderwane od siebie punkty czy liczby - a nawet jeśli lokalnie dostrzega jakieś zależności, to za nic w świecie nie chce przyznać, iż może to wynikać z pewnych bardzo ogólnych zasad, przenikających całość rzeczy.

Wszystkie te uwagi można jednak w pewien sposób skontrować. Być może bowiem sfera religijna, sfera sacrum jest jakimś odrębnym wymiarem rzeczywistości czy choćby sposobem jej postrzegania - ale czy ten wymiar do czegoś służy? Powiedzieliśmy bowiem, iż ma on wartość samą w sobie, po czym zasugerowaliśmy, że podobnie myślimy o polityce czy gospodarce. Ostatecznie jednak polityka, gospodarka, nauka czy sztuka sprowadzalne są do pewnych poziomów tak bardzo intuicyjnych, że niemal aksjomatycznych: traktowanych przez większość z nas jako nieusuwalne, konieczne i oczywiste. Dla przykładu, gospodarka w ostatecznym rozrachunku służy bardzo prostej kwestii przetrwania: musimy coś jeść, musimy gdzieś mieszkać i na ogół potrzebujemy też ubrań, by nie zginąć. Z polityką jest podobnie: aby przeżyć, aby nie egzystować w chaosie, łączymy się we wspólnoty i przyjmujemy pewne prawa rządzące tymi wspólnotami. Sztuka koi nasz ból, uwzniośla nas, a w najgorszym razie - mile łechce, co jest po prostu miłe. Nauka albo zaspokaja nasze ambicje (racjonalne czy nie), albo służy w pośredni sposób np. gospodarce. Żadnego z tych wymiarów rzeczywistości nie uprawiamy więc wyłącznie dla niego samego, trudno byłoby nam sobie nawet wyobrazić, co miałoby to znaczyć. Oczywiście powyższe rozumowanie da się prosto obalić, mianowicie poprzez skrajny sceptycyzm: moglibyśmy zapytać, dlaczego właściwie chcemy przetrwać, dlaczego wolimy żyć niż umrzeć z głodu i zimna, albo czemu miłe uczucia miałyby być lepsze od niemiłych? Ten sceptycyzm na poziomie rezolutnego, ale rozkapryszonego siedmiolatka pozwolimy sobie jednak pominąć, bo - jak wiadomo - bez aksjomatów nigdzie się nie dojdzie.

Zatem - jaki jest sens "wykonywania czynności w sferze sacrum"? Co daje nam modlitwa, co daje nam rytuał, jaka mądrość płynie z mitów, czemu służy spoglądania na rzeczywistość poprzez pryzmat drabiny bytów, epatowanie diagramami sfer niebieskich, ozdabianie ścian symbolami teologicznymi i kosmologicznymi czy budowanie kościołów według licznych zasad świętej geometrii? Skoro nie chodzi literalnie o wyproszenie u bogów deszczu czy prezentów pod choinkę, skoro mamy prawo sądzić, iż Słońce wzejdzie jutro nawet, jeśli dziś nie wyrwiemy serc kilkuset nieszczęśnikom, [iv] to po co robić to wszystko?
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1248

« Odpowiedz #2 dnia: Grudzień 01, 2018, 12:19:46 pm »

W jednym z cytatów, które zamieściliśmy w tym tekście, pojawiła się sugestia, iż człowiek współczesny patrzy na wszystko z perspektywy korzyści praktycznej. Kontekst tego był jasny, trzeba jednak odnotować pewien (pozorny) paradoks. Posłużmy się kolejnym fragmentem, tym razem z Anandy Coomaraswamy, indyjskiego metafizyka, geologa i historyka sztuki tradycyjnej: "Metafizyka różni się od filozofii także i tym, że ma czysto praktyczny cel" [v]. Tym celem, dopowiedzmy, jest - ujmując rzecz najbardziej ogólnie - wyzwolenie człowieka i jego powrót do Boga, do Absolutu, do ostatecznego porządku rzeczy. To wyzwolenie postrzegać można co najmniej na dwóch poziomach: pierwszy jest doczesny, drugi pozagrobowy. Na tym pierwszym chodzi o to, by w miarę możliwości uniezależnić swoją stronę duchową od atakujących ją z każdej strony skalań psychicznych i fizycznych. Z tego powodu religie kładą tak duży nacisk na rozmaite praktyki rytualne oraz ascetyczne (np. postne), ćwiczące tężyznę fizyczną, wolę, spokój czy nawet świętą obojętność. Chodzi o to, by dotrzeć do pneumy, do owej "iskierki duszy", opisywanej przez Eckharta, do natury Buddy, skrytej niczym jądro Jowisza pod burzą nieustannych rozproszeń. Już samo to daje inną perspektywę na rzeczywistość, co zresztą widać w spokoju i wielkoduszności, które emanują ze świętych mężów. James Cutsinger, prawosławny religioznawca, zwykł wspominać, że w obecności Martina Lingsa [vi] po prostu można było uwierzyć w Boga.

Poziom drugi, a właściwie drugi etap - to ten pozagrobowy. Jest nim zbawienie duszy, a zatem wyzwolenie ostateczne, do którego to doczesne jest jedynie wstępem. Wstępem wszelako koniecznym, a do tego wymagającym właściwej intencji (nie chodzi bowiem o to, by ćwiczyć się w ascezie jedynie dla czczego ekscytowania się uzyskaną w ten sposób odpornością psycho-fizyczną).   Ponieważ wierzy się [vii], iż rytuały, mity i symbole faktycznie umożliwiają kontakt z rzeczywistością pozadoczesną, [viii] a nawet w pewnym sensie czy zakresie operują w tej rzeczywistości, to logiczną konsekwencją jest ich wypełnianie (przy równoczesnym wypełnianiu nakazów moralnych). W ten sposób realizuje się powołanie i odzwierciedla wzorzec zapisany nie tyle nawet u zarania dziejów, ile poza czasem (w "Czasie snu").

Rzecz jasna scenariusz zbawienia kontrastowany jest przez scenariusz potępienia, a więc pozostania w obszarze ignorancji i powtarzania się owych skalań, o których była mowa. Niewątpliwie w obliczu tego "kurs na zbawienie" zdaje się czymś oczywistym. Z drugiej strony, nawet jeżeli pominiemy grozę kary wiecznej, to i tak tropem dla osoby niereligijnej powinno być samo to, że rzeczywistość doczesna, w tym nasze życie (fizyczne, emocjonalne etc.) jest pod wieloma względami niedoskonała i męcząca. W tym sensie droga religii, medytacji i kontemplacji [ix] jest zupełnie zrozumiała i wręcz praktyczna. Trzeba jednak pamiętać, że z perspektywy człowieka tradycyjnego droga ta jest w ostatecznym rozrachunku duchowa i tak należy rozumieć tę "praktyczność" - nie zaś jako zestaw ćwiczeń poprawiających koncentrację i dających odporność na  głód. To wyzwolenie, o którym mowa, jest nie tylko wyzwoleniem z materialnych i emocjonalnych niedoskonałości, ale i z ignorancji. Odrębną kwestią, której nie będziemy tu dyskutować, jest przekazywalność doświadczenia o tym wyzwoleniu. Wydaje się, że pomimo całej apologetyki myślenia w kategoriach religijnych, uprawianej przez Greków, chrześcijan czy Hindusów, ostateczne przejście wymaga aktu woli, samodzielnego przekonania się - ale nie na zasadzie "sprawdzania" (jak jeden ze współczesnych nowych ateistów, który etapami "praktykował" kilka religii po kolei) lecz raczej pragnienia i zaufania. Czy dla mistyka lub choćby człowieka tradycyjnego świata jest inny niż dla mechanicznego materialisty? W pewnym sensie tak, w pewnym nie (paradoks recepcji świata po doświadczeniu zen). Kluczowe jest to, że on wie.

Swoją drogą, to właśnie fakt, iż działania w sferze sacrum odnoszą się do wyzwolenia i do zbawienia, a więc do tego, co finalnie rozgrywa się w Wieczności, a nie w czasie, powoduje, iż sfera ta jest priorytetowa względem pozostałych. Innymi słowy, to nie religia powinna być przeniknięta artystycznym estetyzmem, polityczną ideologią czy koncepcjami zaczerpniętymi z science, ale raczej sztuka winna odzwierciedlać prawdy metafizyczne, metodologia nauk bazować na solidnym metafizycznym fundamencie, zaś życie polityczne być przeniknięte wartościami wyprowadzonymi z religii (wbrew pozorom nie chodzi tu tylko o prawidła moralne). Jest to zrozumiałe: pozostałe wymiary odnoszą się albo do tego, co tymczasowe i przemijające, albo do tego, co niższe (jak fizyczność i psychika są poniżej pneumy). Z tego powodu społeczeństwa tradycyjne są ufundowane na metafizyce. Ta zaś metafizyka ma związek z religią, ponieważ, jak mówił ks. Rama Coomaraswamy: "(...) nie ma mowy o różnicy pomiędzy metafizyką a teologią". Sens tego jest taki, że poprzez teologiczny wyraz prawd dociera się do metafizyki. Nawiasem mówiąc, owo ufundowanie społeczeństw ma niewiele wspólnego z chaotyczną, nachalną dewocją czy bigoterią, nie mówiąc o religijnym sentymentalizmie typowym dla rozmaitych new born christians czy ruchów new age. Przede wszystkim ta konstrukcja nie jest chaotyczna i przypadkowa. Przeciwnie, każda funkcja społeczna (zawodowa, rodzinna, stanowa etc.) ma swoje miejsce i swój wyższy wymiar, czego wyrazem jest na przykład przyjmowanie patronów przez cechy rzemieślnicze. Nie jest to więc jakieś "notoryczne gadanie o Jezusie", a raczej nałożenie na społeczność pewnych ram, uformowanie jej w strukturę, która - mniej lub bardziej, czasem poprzez formy nader ścisłe, niekiedy w sposób bardzo ogólny, to już zależy m.in. od konkretnej cywilizacji - odzwierciedla porządek wyższy. 

Uświęcony jest również czas, niezależnie od tego, czy przeżywa się go indywidualnie czy kolektywnie. Dziś jesteśmy skoncentrowani niemal wyłącznie na czasie linearnym, na historii, na przemijaniu, zaś w czasie kolistym zanurzamy się jedynie w ramach roku liturgicznego. Nawet i wówczas jednak nie jest to dla nas coś naturalnego: raczej pewien wycinek życia, chyba że udało się nam stopniowo przezwyciężyć w sobie "człowieka nowoczesnego". Tymczasem dla człowieka tradycji czymś najzupełniej naturalnym jest spoglądanie na czas przede wszystkim poprzez pryzmat wydarzeń świętych. Powtarzają się one cyklicznie i wyrażają w sposób symboliczny pewne prawdy (np. na temat stworzenia świata, śmierci i zmartwychwstania Wcielonego Boga), a nawet realnie uobecniają te prawdy. Co więcej, tyczy się to nawet historii, tj. czasu linearnego, który został uświęcony w religiach abrahamicznych - przez co dzieje Kosmosu to nie tylko miliardy lat od Big Bangu do ponownego skurczenia się czy zamarznięcia Wszechświata, ale też (przede wszystkim!) czas od Stworzenia do Paruzji.


PRZYPISY:

1. ks. Jerzy Grześkowiak, "Liturgia dziś", Księgarnia św. Jacka, Katowice 1982, str. 177.

2. http://myslkonserwatywna.pl/danielou-s-j-sila-i-slabosc-rene-guenona/

3. J. Hani, "Symbolika świątyni chrześcijańskiej", Znak 1994.

4. Broń Boże nie usprawiedliwiamy tutaj religii Azteków i ofiar z ludzi. Nawet jeśli wiele praktyk religijnych z przyjętego tu punktu widzenia jest formalnie podobnych, to jednak nie zmienia to faktu, że niektóre z nich mogą być zdegenerowane, nieortodoksyjne czy niemoralne.

5. A. Coomaraswamy, "The Vedanta and Western Tradition", w: "Metaphysics", Bollingen / Princeton 1977, str. 8.

6. Martin Lings (1909 - 2005) - angielski metafizyk, poeta i literaturoznawca, praktyk sufizmu (urodzony w rodzinie protestanckiej), specjalista od dzieł i postaci Szekspira.

7. Naturalnie nie będziemy tu wchodzić w apologetykę wiary i religii: katolickiej czy jakiejkolwiek. Celem tekstu ma być jedynie zaprezentowanie sposobu myślenia czy też sposobu postrzegania świata przez człowieka tradycyjnego.

8. Co wcale nie musi oznaczać jakichkolwiek "przeżyć paranormalnych"! Tym bardziej zaś nie oczekuje się potwierdzenia słuszności drogi poprzez takie przeżycia.

9. Nie twierdzimy oczywiście, że jest obojętne, jaką religię się przyjmie. Staramy się po prostu przyjąć tu możliwie ogólną perspektywę, na użytek osób "z zewnątrz".
« Ostatnia zmiana: Grudzień 01, 2018, 15:18:12 pm wysłana przez Adimad » Zapisane
Albertus
rezydent
****
Wiadomości: 279

« Odpowiedz #3 dnia: Grudzień 01, 2018, 16:09:01 pm »

Bardzo ciekawy artykuł, myślę że jest w nim niestety wiele prawdy dotyczącej współczesnych ludzi. Stąd np. kompletne niezrozumienie dla choćby liturgii i wybieranie Mszy najkrótszej lub takiej gdzie ksiądz "ciekawie mówi", a nawet to pozostaje czymś dodatkowym, w sumie niepotrzebnym i niezrozumiałym nawet dla katolików, podczas gdy dawni chrześcijanie potrafili całe noce spędzać na modlitwie i czuwaniu w czasie świąt. Nie mówiąc już o podejściu do takich spraw jak małżeństwo czy generalnie zwykłe codzienne zachowania w pracy, życiu "towarzyskim" itd. gdzie sprawy religii, sfery sacrum, są po prostu całkowicie nieistniejące.
Podczas gdy współczesny przeciętny chrześcijanin bez problemu się dogaduje z ateistą, to myślę że kompletnie nie dogadał by się z dawnym chrześcijaninem.

Można spytać kto jest autorem?
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1248

« Odpowiedz #4 dnia: Grudzień 01, 2018, 17:03:33 pm »

Ano, autorem jestem ja.

Cytuj
Nie mówiąc już o podejściu do takich spraw jak małżeństwo czy generalnie zwykłe codzienne zachowania w pracy, życiu "towarzyskim" itd. gdzie sprawy religii, sfery sacrum, są po prostu całkowicie nieistniejące.

To prawda, ale sprawa jest daleko poważniejsza. Bo nawet dla nas, a więc niejako "konwertytów" na szeroko pojęty tradycjonalizm, wejście w rytm roku liturgicznego, w korzystanie z sakramentaliów, w różne tego typu sprawy - to jest coś nienaturalnego, nowego. Chodzi o to, że wywodzimy się ze świata odczarowanego: patrząc na kosmos, odruchowo myślimy o Wielkim Wybuchu, mikrofalowym promieniowaniu tła, ucieczce galaktyk i miliardach lat świetlnych (co jest oczywiście samo w sobie godne pochwały, wszak ogrom kosmosu to jeszcze jeden dowód wielkości Boga) - a nie o sferach niebieskich, drabinie bytów czy o Świętej Górze albo Krzyżu Jako Rusztowaniu Świata. A nawet jeśli tak myślimy, to dopiero po chwili refleksji - i to w dodatku nie intuicyjnie, a raczej poprzez świadome użycie tych pojęć, które z kolei znamy z książek religijnych i religioznawczych. Albo inny przykład: ilu mamy tradsów, którzy potrafiliby na co dzień, ale nie po uprzednim "wyuczeniu się", nie po to, żeby w ten sposób coś manifestować, lecz "odruchowo", "od siebie" - posługiwać się "datownikiem świętych", tj. mówić np. "Uuu panie, to będzie dawno jak oni tu byli, zaraz po świętym Marcinie jakoś, a jeszcze przed Wniebowzięciem, a pamiętam, bo wtedy łodpust był, czyli jakoś tak na świętego Józefa wychodzi..." / "Uuu szanowna pani, no jak na świętego Józefa, to jeszcze ciepło było..."? W naszym przypadku byłaby to - przynajmniej w pierwszym pokoleniu - jakaś autokreacja, wbijanie do głowy wiedzy z mszalika.

Oczywiście to dotyczy też i mnie, jako autora tego tekstu. Na przykład ten fragment o św. Marcinie jest pewnie zupełnie od czapy, gdyby sprawdzić w kalendarzu jaka to kolejność dni. Żeby sobie ktoś przypadkiem nie pomyślał, że ja żyję w rytmie człowieka przednowoczesnego.
« Ostatnia zmiana: Grudzień 01, 2018, 17:15:01 pm wysłana przez Adimad » Zapisane
Albertus
rezydent
****
Wiadomości: 279

« Odpowiedz #5 dnia: Grudzień 02, 2018, 18:19:18 pm »

Hmm, podobnym przykładem jest to, jak to kiedyś oczywistą rzeczą było dla Polaka na przywitanie mówić " Niech będzie pochwalony..." zastąpione obecnie zwykłym, neutralnym "Dzień dobry." Obecnie nawet do osób duchownych coraz rzadziej się to formułę stosuje, zastępując ją "Szczęść Boże".
Jest dokładnie tak jak Pan mówi, nawet gdybyśmy chcieli to przywrócić to byłoby to coś wymuszonego nawet dla nas, nawet gdy rozumowo będziemy sobie mówić, że to jest normalne, dobre, to jednak wewnątrz podświadomie będziemy czuć że jest to "dziwne" w "dzisiejszych czasach". Rzeczywiście takie proste sprawy pokazują jak bardzo w innej już cywilizacji żyjemy niż dawne pokolenia.

PS. Gratuluję artykułu w takim razie.
Zapisane
Regiomontanus
aktywista
*****
Wiadomości: 3156


« Odpowiedz #6 dnia: Grudzień 04, 2018, 15:30:17 pm »

Przypomina mi to diagnozę, jaką postawił John Senior  w swojej książce "The death of christian culture" (tytuł jest diagnozą).

Trudno się nie zgodzić, że żyjemy w "odczarowanym świecie". Ale dla mnie ciekawszy jest problem, czy możemy coś zrobić aby choć "jedną nogą" wrócić do starego świata? Druga część wspomnianej wyżej książki,  "The restoration of Christian culture", podaje pewne recepty, ale nie jestem przekonany co do ich całkowitej skuteczności.

Wydaje się, że dla nas nie ma już drogi powrotu, bo przecież nie da się odzyskać dziewictwa. My już nigdy nie będziemy używali kalendarza świętych w sposób tak naturalny, jak nasi przodkowie - nawet jeżeli się go wyuczymy na pamięć.

Mimo to myślę, że można, przy olbrzymim wysiłku, wychować dzieci tak, aby było w nich nieco mniej "człowieka nowoczesnego", niż w nas. To jest bardzo, ale to bardzo trudne, jednak wydaje się możliwe.
Zapisane
Certe, adveniente die judicii, non quaeretur a nobis quid legerimus, sed quid fecerimus.
mac
aktywista
*****
Wiadomości: 1161


sługa Boży Pius XII

« Odpowiedz #7 dnia: Grudzień 04, 2018, 20:37:03 pm »

Mimo to myślę, że można, przy olbrzymim wysiłku, wychować dzieci tak, aby było w nich nieco mniej "człowieka nowoczesnego", niż w nas. To jest bardzo, ale to bardzo trudne, jednak wydaje się możliwe.


Można, ale czy poradzą sobie w dzisiejszym świecie, w którym w bardzo szybkim tempie wszystko się zmienia, a ten kto nie umie obsługiwać nowych technologii, to tak jak 100 lat temu nie umiał by pisać i czytać.
Zapisane
"Przyglądając się dzisiejszemu Kościołowi (kler-liturgia-teologia) tradycyjny katolik najpierw się oburza, potem trwoży a w końcu wybucha śmiechem."
Regiomontanus
aktywista
*****
Wiadomości: 3156


« Odpowiedz #8 dnia: Grudzień 05, 2018, 17:40:52 pm »

, a ten kto nie umie obsługiwać nowych technologii, to tak jak 100 lat temu nie umiał by pisać i czytać.

A to się musi wzajemnie wykluczać? Można doskonale znać nowe technologie a być całkowicie "staroświeckim". Nie mówię, że to łatwe, ale nie jest niemożliwe - przynajmniej do pewnego stopnia jest jak najbardziej możliwe.

Zresztą, przyznam szczerze, bardzo, ale to bardzo nie lubię argumentów tego typu. "Kupmy dziecku smartfona, bo nie poradzi sobie w nowoczesnym świecie" - cóż za bzdura na bzdurami.
« Ostatnia zmiana: Grudzień 05, 2018, 17:44:01 pm wysłana przez Regiomontanus » Zapisane
Certe, adveniente die judicii, non quaeretur a nobis quid legerimus, sed quid fecerimus.
stary kontra
aktywista
*****
Wiadomości: 528

« Odpowiedz #9 dnia: Grudzień 05, 2018, 18:55:06 pm »

Można doskonale znać nowe technologie a być całkowicie "staroświeckim"
Oczywiście. Patrz: muzułmanie.
Zapisane
Regiomontanus
aktywista
*****
Wiadomości: 3156


« Odpowiedz #10 dnia: Grudzień 05, 2018, 19:27:05 pm »

Oczywiście. Patrz: muzułmanie.

Słusznie, i akurat to mi się u nich podoba.

Ale dodam jeszcze jedno: w Polsce jest szalenie trudno być staroświeckim jeśli chodzi o nowinki techniczne. Trudniej niż w niejednym zachodnim kraju, bowiem poziom snobizmu technicznego w Polsce jest tak wysoki jak Mt. Everest.
Zapisane
Certe, adveniente die judicii, non quaeretur a nobis quid legerimus, sed quid fecerimus.
Fideliss
aktywista
*****
Wiadomości: 880

« Odpowiedz #11 dnia: Grudzień 05, 2018, 21:49:16 pm »

Zaciekawiła mnie powyższa wymiana opinii między panami dlatego dodam;
Staram się zachować jeszcze trochę tego "starego świata' w moim zachowaniu. Dlatego nigdy nie płacę kartą chociaż mógłbym. Mam takową. Ale - dziadek nie płacił kartą, ojciec też nie płacił i ja też nie będę. Gotówką płace. Nie używam bankomatu, chociaż umiem i mógłbym. Raz w miesiące pobieram z banku większą sumę i starcza mi na dłuższy czas.
Pazurami i zębami bronię się przed tą nowoczesnością.
Miałem komórkę - starą poczciwą wciskaną nokię. Syn sprawił mi "srajfona". Przesuwam, stukam i gubię się w tym.
Uciekam od tego modernistycznego świata. Nie chcę go. Nie mój jest.

Refleksja; gdybyśmy powiedzieli naszym dziadkom, że nadejdą czasy kiedy każdy człowiek będzie miał przy sobie telefon . . . Reakcja; "Ty głupolu. I każdy bedzie za sobą po ulicy ten kabel ciągnął? Puknij się w głowę."  A jednak.
O tempora! O mores! Ale żyć trzeba.



 
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1248

« Odpowiedz #12 dnia: Grudzień 05, 2018, 21:58:08 pm »

Cytuj
Refleksja; gdybyśmy powiedzieli naszym dziadkom, że nadejdą czasy kiedy każdy człowiek będzie miał przy sobie telefon

A gdyby powiedzieć, że każdy będzie mieć przy sobie "aparat Marconiego" vel "radionadajnik / radioodbiornik"? To lepsza analogia. I to być może nie zdziwiłoby ich aż tak. Problem zresztą tylko częściowo leży w technice, o ile w ogóle. Technika nas ujarzmia, ale jakie są jej "racjonalne granice"? Znałem kiedyś ludzi w moim wieku, którzy przez długi czas obnosili się z tym, że "nie mają komórki, bo po co im sztuczne potrzeby i nowocześniackie gadżety". No, a nie tylko, że teraz mają telefony (nadal głosząc bunt przeciw współczesnemu światu), ale już wówczas korzystali np. z e-maila, for internetowych czy gadu-gadu. To jest tylko taka niezbyt konsekwentna autokreacja: "No, facebooka mam, ale nie upadłem na głowę, żeby sobie zakładać Instagrama" albo "Nie płacę kartą, ale w sklepach internetowych płacę przelewami z konta elektronicznego" itd. Tak jakby jakaś babcia się upierała, że "jej te komputry to na nic, jej wystarczy TEREWIZOR".
Zapisane
stary kontra
aktywista
*****
Wiadomości: 528

« Odpowiedz #13 dnia: Grudzień 05, 2018, 22:21:48 pm »

ale już wówczas korzystali np. z e-maila, for internetowych czy gadu-gadu.
Gołębie pocztowe wyszły z użycia, chociaż patrząc na osiągi czasowe Poczty Polskiej...
Zapisane
rysio
aktywista
*****
Wiadomości: 4538

« Odpowiedz #14 dnia: Grudzień 06, 2018, 09:13:20 am »

Cytuj
       Znałem kiedyś ludzi w moim wieku, którzy przez długi czas obnosili się z tym, że "nie mają komórki, bo po co im sztuczne potrzeby i nowocześniackie gadżety". No, a nie tylko, że teraz mają telefony (nadal głosząc bunt przeciw współczesnemu światu), ale już wówczas korzystali np. z e-maila, for internetowych czy gadu-gadu. To jest tylko taka niezbyt konsekwentna autokreacja:   

Technologia sama z siebie wymusza na nas zachowanie. Kilka tygodni temu dostalem sms od "ministra finansow", ktory poprosil bym zrobil to i owo a nastepnie zglosil sie do urzedu skarbowego. Listu juz nie dostalem. W sejmie szykowana jest ustawa o tym, ze email ma zastapic list polecony za potwierdzeniem odbioru (sic))

jezeli odrzuce smartfona to strzele sobie w stope. Na tym polega przymus poslugiwania sie komorka. Do tego mamy kurierow, paczkomaty i kody do nich wysylane sms.
Zastanawiam sie skad minister ma moj telefon, ja do ministra nie mam.
Zapisane
"I w mordobiciu musi być umiarkowanie"*
 * Dzielny wojak Szwejk.
Strony: [1] 2 Drukuj 
Forum Krzyż  |  Traditio  |  Katolicki punkt widzenia  |  Wątek: Sacrum i architektura rzeczywistości « poprzedni następny »
 

Działa na MySQL Działa na PHP SMF 2.0.11 | SMF © 2014, Simple Machines Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!