Forum Krzyż
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Czerwca 21, 2024, 16:53:32 pm

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukaj:     Szukanie zaawansowane
www.UnaCum.pl

Centrum Informacyjne Ruchu Summorum Pontificum
232166 wiadomości w 6633 wątkach, wysłana przez 1668 użytkowników
Najnowszy użytkownik: magda11m
Strona główna Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja
Forum Krzyż  |  Traditio  |  Katolicki punkt widzenia  |  Wątek: Spowiedź i prawdziwa jaźń
« poprzedni następny »
Strony: [1] Drukuj
Autor Wątek: Spowiedź i prawdziwa jaźń  (Przeczytany 3511 razy)
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1336

« dnia: Marca 18, 2019, 19:46:42 pm »

 Skąd u człowieka współczesnego, żyjącego w "świecie odczarowanym", bierze się niechęć do spowiedzi? Powiedziano na ten temat wiele, zaś ci, którzy przedkładają sprawiedliwość i pewną surowość ponad niepotrzebną ich zdaniem litość, sprowadzają zwykle rzecz do jednego zagadnienia: do pychy. Oto człowiek współczesny lęka się konfesjonału, ponieważ - w przeciwieństwie do kozetki terapeuty - wiąże się on z grozą sądu, z poczuciem winy oraz z czynnym żalem. W takim razie jest czymś, co penitenta upokarza, sprowadza go w dół i narusza w jakiś sposób jego autonomię.

Gdybyśmy mieli się do tego jedynie ograniczyć, nie byłoby potrzeby pisać niniejszych rozważań. Dość już o pysze powiedziano rzeczy cierpkich, boleśnie prawdziwych i gorzkich dla człowieka współczesnego, nawykłego do myślenia o "problemach", a nie o "grzechach" i "winach". Być może więc należy podejść do tematu nieco inaczej: nie tyle negując klasyczne wyjaśnienie, ile raczej przypominając jego głębię. Przypominając, bo nie chcemy tu w istocie mówić nic nowego. Doktor Coomaraswamy, którego tak lubimy przywoływać, opowiadał kiedyś anegdotę o młodym człowieku, który chciał się doktoryzować z pism ojca doktora Ramy, czyli Anandy. Nic z tego nie wyszło, albowiem promotor owego studenta uznał, iż "Coomaraswamy nie napisał nic nowego". Według doktora Ramy, późniejszego księdza, jego ojciec uznałby to stwierdzenie za wyśmienity komplement.

Zacznijmy od tego, że spowiedź jako taka nie jest wynalazkiem wyłącznie katolickim czy chrześcijańskim (wliczając schizmę wschodnią). Pewne formy spowiedzi z grzechów funkcjonują także w duchowości buddyjskiej i taoistycznej. Mało tego: oto ojciec Sahagun w swojej "Rzeczy z dziejów Nowej Hiszpanii" obszernie pisze o spowiedzi u prekolumbijskich Azteków. Pod wieloma względami była zbliżona do katolickiej, choć ze względu na ogrom degeneracji religii azteckiej wyglądała raczej na nieco groteskowy pastisz znanego nam sakramentu. Na przykład przyjęte było spowiadanie się u kapłanów dopiero pod sam koniec życia, po uprzednim "solidnym nagrzeszeniu", albowiem sądzono, że wyznanie i odpuszczenie grzechów to coś, co działa mechanicznie i tylko raz.

O ile tego rodzaju analogie i podobieństwa są, jakby to powiedział ks. Rama, "zewnętrznymi argumentami na rzecz prawdziwości chrześcijaństwa", o tyle nie wyjaśniają one w żaden sposób istoty problemu. A więc - co z tą pychą? Dlaczego właściwie wstydzimy się wyznania grzechów, nawet gdy sami przed sobą żałujemy i wstydzimy się ich popełnienia?

Dzieje się tak dlatego, że utożsamiamy siebie nie z tym, co stanowi naszą najbardziej autentyczną istotę. W pewnym sensie bardziej rozumne byłoby przywiązanie do samego grzechu, połączone z brakiem żalu. Wówczas nie byłoby o czym rozmawiać. Rzecz jednak w tym, że uznajemy popełnione zło, a jednak mamy problem z wyznaniem go - nawet przy wszelkich gwarancjach dyskrecji.

Należy tu podjąć temat troistej struktury człowieka. Niektórzy współcześni autorzy piszą, iż jednostkowa świadomość tak naprawdę nie istnieje: jaźń jest tylko wiązką chaotycznych procesów, wrażeń, impulsów i odczuć. To podejście nie jest zgodne z tradycyjnym, ale zawiera w sobie pewien pierwiastek prawdy. Istotnie, dwie zewnętrzne "warstwy" naszego jestestwa są właśnie czymś takim: burzą wrażeń i psycho-fizycznych procesów, a ta burza krąży wokół nieruchomego jądra, wokół prawdziwej Jaźni. To natura Buddy, True Self, atman, iskra Boża, pneuma, tchnienie Ducha Świętego [1]. Musi ona istnieć: po pierwsze, wyjaśnia nam (zapewne lepiej niż opowieści o emergencji), dlaczego "coś" w nas jednak istnieje i ma świadomość tego istnienia; po drugie, z religijnego punktu widzenia, jest to brama do Boga oraz to miejsce, w którym rzeczywiście jesteśmy stworzeni na jego obraz i podobieństwo.

Ale tego miejsca, tej "twierdzy", grzech nie narusza. Ten poziom jest zbyt głęboko. Nie mamy przy tym na myśli jakiejś "kolektywnej Pan-Świadomości". Odrębność osób ludzkich zostaje zachowana, ale na tym poziomie jesteśmy równi - skoro Duch Święty jest jednolity. To na tych zewnętrznych poziomach potrzebujemy do rozróżnienia siebie nawzajem różnych niedoskonałości. Bo rzeczywiście: nawet to, co uważamy za nasze talenty, umiejętności i dobre cechy, jest w gruncie rzeczy widoczne dlatego, iż nikt z nas nie jest doskonały. Od tej wzorcowej doskonałości grzech - mówimy tu zarówno o grzechu pierworodnym, jak i o grzechach uczynkowych - odłupał każdemu mniej lub więcej, w tym czy innym miejscu. Teraz spoglądamy na to, co pozostało - i wyobrażamy sobie, że to jakiś nasz "plus". Tymczasem ktoś jest wybitnym matematykiem, ale być może "za cenę" ułomności fizycznej. Kto inny jest fizycznie piękny, ale być może "za cenę" ograniczeń umysłowych. Naturalnie to w pewnej mierze kwestia stwierdzenia, czy szklanka jest w połowie pusta, czy w połowie pełna.

Jakkolwiek by nie było, Mistrz Eckhart pisze: "w duszy, daleko wyżej od miejsca, gdzie wyłaniają się władze rozumu i woli, jest coś tajemnego i ukrytego" [2]. W innym miejscu czytamy: "W duszy znajduje się coś, w czym przebywa tylko Bóg, a mistrzowie powiadają, że to "coś" jest bezimienne i nie ma własnej nazwy. (…) Pewien mistrz twierdzi, że ta rzecz jest do tego stopnia blisko Boga, że nigdy się od niego nie może odwrócić i że On jest nieustannie przed nią i w jej wnętrzu" [3]. Echkart uważa też, że w duszy to chwali Boga, co jest do niego podobne.

Problem pychy zasadza się na niezrozumieniu tych subtelności. Jest to zatem kwestia ignorancji. Paradoksalnie, człowiek współczesny zbyt mocno przejmuje się tym, czym nie powinien. Przylgnął nie tyle nawet do swoich grzechów i niedoskonałości (ba, może nawet z nimi walczyć z nimi tak, jak potrafi), ile do przeświadczenia, że te właśnie zjawiska stanowią część jego istoty, są czymś, co tkwi głęboko w nim, co jest nim. Z tego powodu odbiera spowiedź jako atak na swoje jestestwo. Ale to właśnie jest błąd. Zauważmy, co jest etapem (a niekiedy celem) większości praktyk medytacyjnych na całym świecie: umartwienie, uniżenie i wyciszenie ego, to znaczy ciała i psychiki. To tak, jakby się chciało zatrzymać cyklon i skupić w jego spokojnym oku - lub nawet stopniowo sprowadzić całą burzę do tego oka i w nim ją ugasić. Zresztą, tym właśnie jest joga [4] - czyli ujarzmienie, poskromienie świadomości. Tym jest praktyka zen (wszak nirvana to "zdmuchnięcie" czy też "wygaszenie") i podobne ćwiczenia w taoizmie: wyjściem z burzy w obszar Drogi, Prawdziwej Jaźni, Ostatecznej Rzeczywistości.

Warto podkreślić, że w jodze dąży się do wypracowania stanu, w którym poczucie, że "ja coś robię" zostanie zastąpione przez świadomość tego, że "coś się dzieje". Na pozór nie brzmi to zbyt chrześcijańsko i nie upieramy się przy twierdzeniu, że intencje Patandżalego były dokładnie takie jak nasze - ale dla naszych celów można się tą perspektywą posłużyć. To znaczy: można ją zinterpretować tak, by przypominała to, o czym mówi się w tradycji chrześcijańskiej. A mówi się o porzuceniu własnej woli - na rzecz utożsamienia z Wolą Bożą. Zawierają się w tym pewnie różne rzeczy, ale wśród nich rezygnacja z przykucia do przemijających impulsów ciała i psychiki. To tylko, mówiąc językiem buddyzmu, wiązka skandh. Czy ktoś naprawdę sądzi, że jego jestestwem i tożsamością była chwila gniewu i wzburzenia sprzed tygodnia, kiedy bił żonę? Czy ktoś rzeczywiście może się utożsamiać ze swoim orgazmem albo uczuciem ciepła rozchodzącym się w trzewiach po konsumpcji gorącej zupy kapuścianej? Czy "mną" są te wszystkie myśli, wspomnienia i wyobrażenia, nieraz przecież niedorzeczne, które nachodzą nasz umysł niemal w każdej chwili, w której nie jest silnie skoncentrowany na czymś sensownym? Czy poczuwam się do prawdziwego związku z łuszczącą się codziennie skórą mego ciała? Wolne żarty.

Zarazem, jeśli "coś się dzieje" (a nie "JA robię"), to również i nasze dobre uczynki są w jakimś sensie umniejszane czy relatywizowane. Istotnie: w takim mianowicie sensie i zakresie, w jakim chrześcijanin uważa, że bez Boga nic by nie wskórał. Bez Boga, a więc polegając jedynie na błądzeniu w plątaninie owych skandh (efemerycznych "zgrubień" płynnej rzeczywistości, generujących złudzenie naszego zmiennego, niepewnego, kapryśnego, nierozumnego ego).

Takie postawienie sprawy może jednak wzbudzić u czytelnika poważną wątpliwość. A mianowicie, skoro nie jesteśmy w gruncie rzeczy tą chaotyczną burzą psychofizycznych zakłóceń, to czy przypadkiem właśnie nie zdjęliśmy z siebie brzemienia grzechu i odpowiedzialności zań? Skoro "to wszystko", to całe ograniczające nas i zniewalające zło (gniew, pożądliwość, lenistwo etc.) "nie jest nami", to może dzieje się "gdzieś obok" i nie powinniśmy się tym przejmować?

Rzeczywiście, ten sposób myślenia od tysięcy lat pojawia się w rozlicznych formach fałszywej gnozy. Łatwo prowadzi on do amoralizmu, na mocy którego samozwańczy "gnostyk" vel "oświecony" ogłasza, iż wolno mu wszystko, ponieważ nic nie narusza jego pneumy. Jest to jednak błędne postawienie sprawy, a skutki takiego podejścia są zwykle opłakane [5]. Zresztą, moglibyśmy długo pisać o tym, jak ważna w praktyce duchowej jest moralność. Dość powiedzieć, że np. słynny "Traktat o sufizmie" Abu Al-Qasima Al-Qusayriego jest wręcz skoncentrowany na doskonaleniu duchowym poprzez drobiazgowe spełnianie dobrych uczynków i unikanie złych.

Sprawa ma się więc inaczej. Jest raczej tak (w perspektywie ortodoksyjnej), że każdy z nas - jako dziecko Boże, jako przynależący do gatunku ludzkiego, czyli do "korony Stworzenia" - otrzymuje pewne pole czy też obszar wokół siebie, który powinien uporządkować. To znaczy: przywrócić w nim Królestwo Boże, albo też, mówiąc językiem innych tradycji, dharmę, rtę, tao czy maat [6]. Ciało i psychika, obszar grzechu, teren nieprzystojnych myśli, porywów gniewu, przejawów lenistwa, skąpstwa i chciwości, ziemia rozpaczy i narzucającej się rezygnacji - w pewien sposób oczywiście do nas przynależy, choć nie jest naszą najgłębszą iskrą. Wyobraźmy sobie, że pozostawiono nam pod opieką dom: pełen kurzu, brudu, bałaganu. Naturalnie ten kurz, choć jest go pełno wokół nas, w jakiś sposób nas dotyka, osiada na nas, przeszkadza w oddychaniu, zaciemnia obraz - ale nie jest nami. Tym niemniej, jesteśmy odpowiedzialni za doprowadzenie tego domu do ładu. To z kolei pewien wysiłek: wysiłek zatrzymania burzy pożądań i błędów, rozproszenia chmur i otwarcia tego, co w nas najgłębsze, na transcendentne Światło. Naturalnie, to boli: i ten ból słusznie powinniśmy odbierać jako żal za grzechy i wyrzut sumienia. Ale nie powinniśmy się wstydzić tego wstydu: bo przecież zło w nas w pewnym sensie, w wymiarze ontologicznym, nie istnieje: jest bowiem, za św. Augustynem, brakiem dobra. Niedorzeczne byłoby przywiązywanie się do niego, nawet jeśli miałoby to oznaczać tylko traktowanie go jako elementu naszej tożsamości. To, w czym mamy się osadzić, to, w czym mamy złożyć wszystkie nasze sprawy, to Jaźń Prawdziwa, a nie zewnętrzny poziom ego. Ta Jaźń ponosi odpowiedzialność za poletko oddane jej we władanie, za ów rydwan duszy: ale ów żal za grzechy nic jej nie zabierze, nic jej nie uszczknie, a przeciwnie, oczyści ją z obłoków niewiedzy. Nie ma się zatem czego bać. Jarzmo staje się przy takim podejściu lekkie, zgodnie z ewangelicznym zapewnieniem, bo cała rzecz przestaje przypominać znęcanie się nad sobą, a staje się raczej wspólnym (z Bogiem) uprawianiem powierzonego pola. W pewnym sensie ten grzech jest oczywiście "mój", bo do niego dopuściłem, ale w pewnym - nie jest "mój", bo nie jest mną, nie należy do tego, co we mnie ważne, nie wiążę się z nim, usuwam go i porządkuję kolejne miejsce, spowalniając i w końcu zatrzymując ów wir wokół mnie. Aż do zgaśnięcia. Do wyjścia z cienia.

PRZYPISY:

1) To, czy te pojęcia rzeczywiście są tożsame, albo też, na ile są sobie bliskie, powinno zostać rozważone przez kompetentnych religioznawców. My stosujemy tu pewne przybliżenie i uogólnienie, po raz kolejny wspierając się teorią o pożytku płynącym z wszelkich "zewnętrznych dowodów" na rzecz chrześcijaństwa.

2) Mistrz Eckhart, Kazanie 6, str. 115, w: "Kazania", W Drodze 1986.

3) Eckhart, str. 202 (Kazanie 24).

4) Abstrahujemy tu od wszystkiego, co z chrześcijańskiego punktu widzenia można zarzucić jodze. A trochę można, co wnosimy np. z lektury "Technik jogi" Eliadego - które wyraźnie sugerują, iż postawa jogina jest w dużej mierze drogą ryzykownego "samozbawienia", w odróżnieniu od chrześcijańskiego pokładania ufności w osobowym Bogu. Stąd zresztą tak silna koncentracja jogi na technikach psychofizycznych: przechodzenie przez kolejne stany umysłu ma być dowodem na to, że praktyka prowadzona jest w sposób właściwy, a cele są osiągane. W chrześcijaństwie wygląda to jednak inaczej, acz nie miejsce tu na rozwijanie tak złożonego tematu.

5) W tym kontekście interesujące byłoby prześledzenie końcowych lat życia Frithjofa Schuona, który uległ rozmaitym przykrym pokusom, a wśród nich również i tej, którą tu opisujemy: przekonaniu, że inna jest moralność "wtajemniczonych", a inna "hylików", albo też, że w "pewnych okolicznościach" czyny "oświeconego" przestają być grzeszne, o ile tylko służą temuż "oświeconemu". Przedstawiono szereg dowodów na to, że tego rodzaju naukę Schuon prezentował swoim wyznawcom choćby w czasie słynnej afery obyczajowej z początku lat 90-tych. Do sprawy wrócimy innym razem, jest ona bowiem pouczająca.

6) Postawienie tych pojęć obok siebie można skomentować tak samo, jak w przypadku zrównania "tchnienia Ducha Świętego" z "atmanem". Jest to (tylko i aż) pewna analogia, która uwidocznić ma nam, że w wielu miejscach człowiek przednowoczesny doszedł do podobnych wniosków, co my, wsparci Objawieniem.
Zapisane
Anawim
bywalec
**
Wiadomości: 96

« Odpowiedz #1 dnia: Marca 22, 2019, 09:51:11 am »

Musi istnieć taka "Jaźń" przez wielkie jot, by być świadomym siebie w nie-emergentny sposób?
To niech sobie ten buddysta jeden z drugim wytną mózg i doświadczają czystej samoświadomości, niezbrukanej przez "niższe" czy "bardziej zewnętrzne" warstwy człowieczeństwa. ;)
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1336

« Odpowiedz #2 dnia: Marca 22, 2019, 11:50:08 am »

Mózg to siedlisko jaźni? I ona tam siedzi jak wisienka w czekoladce Mon Cheri?  8)

Chrześcijaństwo tak samo (w sensie: również, co do zasady, a nie że dokładnie w taki sam sposób) uczy o porzuceniu "ja". Przewija się to wielokrotnie: np. s. Dulcissima Hoffmann, sługa Boża, pisała o tym, że chce "wzgardzić swoim ja". Nie żeby akurat ona była jakimś mega-Doktorem Kościoła, ale akurat mam ją pod ręką. W każdym razie rozsądne wydaje mi się uznanie, że nie chodzi tu tylko o jakieś "czysto moralne" wyrzeczenie się grzechów czy samolubności, ale o coś głębszego, metafizycznego - o zaprzestanie utożsamiania się z tymi mętnymi poziomami zewnętrznymi, o zniesienie przywiązania do nich.

W duszy musi istnieć coś nienaruszalnego, w przeciwnym razie musielibyśmy się naprawdę utożsamiać z naszymi procesami psychicznymi i fizycznymi, a te są chaotyczne i przemijające - zatem bez tego założenia wyszłoby nam, że nie istniejemy w ogóle, jak zresztą naucza np. p. Dennett. No, ale on jest ateistą-materialistą. Chodzi o to, że jest coś, co jest "nami", "nami naprawdę" i trwa - pomimo tego, że ta wirująca powłoka skandh ciągle się zmienia: bo się starzejemy, bo przychodzą nam do głowy nowe myśli itd. A zatem "ja" sprzed pięciu lat to już nie "ja" z teraz, jeśli rozważać to "ja" rozumiane jako ego.
« Ostatnia zmiana: Marca 22, 2019, 11:51:57 am wysłana przez Adimad » Zapisane
BMK
rezydent
****
Wiadomości: 309


Ora pro nobis, sancta Dei génetrix

« Odpowiedz #3 dnia: Marca 22, 2019, 12:50:44 pm »

Panie Adimad, skoro Bóg jest poza czasem to to nasze zmienne ja mu się w jakiś sposób sumuje. Tzn. widzi nas całych w każdym czasie, bo czas Go nie ogranicza.
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1336

« Odpowiedz #4 dnia: Marca 22, 2019, 14:08:20 pm »

Może, ale tu bardziej chodzi o to, kim my jesteśmy i do czego się mamy naprawdę poczuwać. To jak transport intermodalny: środki przewozu się zmieniają, ale to, co istotne, jest zawsze w tym samym kontenerze.
Zapisane
Anawim
bywalec
**
Wiadomości: 96

« Odpowiedz #5 dnia: Marca 29, 2019, 09:59:28 am »

Mózg to siedlisko jaźni? I ona tam siedzi jak wisienka w czekoladce Mon Cheri?  8)

Chrześcijaństwo tak samo (w sensie: również, co do zasady, a nie że dokładnie w taki sam sposób) uczy o porzuceniu "ja". Przewija się to wielokrotnie: np. s. Dulcissima Hoffmann, sługa Boża, pisała o tym, że chce "wzgardzić swoim ja". Nie żeby akurat ona była jakimś mega-Doktorem Kościoła, ale akurat mam ją pod ręką. W każdym razie rozsądne wydaje mi się uznanie, że nie chodzi tu tylko o jakieś "czysto moralne" wyrzeczenie się grzechów czy samolubności, ale o coś głębszego, metafizycznego - o zaprzestanie utożsamiania się z tymi mętnymi poziomami zewnętrznymi, o zniesienie przywiązania do nich.

W duszy musi istnieć coś nienaruszalnego, w przeciwnym razie musielibyśmy się naprawdę utożsamiać z naszymi procesami psychicznymi i fizycznymi, a te są chaotyczne i przemijające - zatem bez tego założenia wyszłoby nam, że nie istniejemy w ogóle, jak zresztą naucza np. p. Dennett. No, ale on jest ateistą-materialistą. Chodzi o to, że jest coś, co jest "nami", "nami naprawdę" i trwa - pomimo tego, że ta wirująca powłoka skandh ciągle się zmienia: bo się starzejemy, bo przychodzą nam do głowy nowe myśli itd. A zatem "ja" sprzed pięciu lat to już nie "ja" z teraz, jeśli rozważać to "ja" rozumiane jako ego.

Czy dziecko do ok. 1,5 roku życia, kiedy to nabywa samoświadomość, jest człowiekiem? Czy człowiekiem jestem gdy śpię? Gdy dostanę demencji, to będę dalej człowiekiem?
Mogę wymienić szereg chorób wpływających na stany świadomości (od chorób stricte psychicznych, przez zaburzenia odczuwania własnego ciała, zaburzenie podstawowej jaźni, jaźni autobiograficznej i inne takie), które skutkują właśnie "wzgardzeniem swoim ja". Można np. poczytać o tym u Damasio w Błędzie Kartezjusza.

Idźmy dalej, czy samoswiadoma małpa, słoń, ośmiornica, czy pies są ludźmi?

Klasycznie dusza jest formą ciała, aktem itd. Nic tu nie ma o świadomości. Władze duszy typu rozum i wola to też coś innego niż świadomość / samoświadomość. Jest taki zabawny fragment u Tomasza gdzie rozważa działanie rozumu we śnie (na przykładzie rozwiązywania sylogizmów przez sen).

Co by to miało znaczyć, że mózg jest siedliskiem jaźni? Czy atomy wodoru i tlenu są siedliskiem "mokrowatości" wody? To co chcemy powiedzieć mówiąc o emergencji, to że mokrowatości wody nie da się sprowadzić do sumy cech wodoru i tlenu. Jaźni nie da się sprowadzić do modułów mózgu. Ale to nie znaczy, że jest potrzebne cokolwiek innego niż związek chemiczny wodoru i tlenu i odpowiednie otoczenie (termperatura), by woda była mokra; jak być może nie potrzeba niczego innego niż odpowiednio rozwinięty mózg i otoczenie (bodźce), by organizm był samoświadomy.
« Ostatnia zmiana: Marca 29, 2019, 13:10:01 pm wysłana przez Anawim » Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1336

« Odpowiedz #6 dnia: Kwietnia 02, 2019, 23:20:15 pm »

Ale ja mówiąc o pneumie nie mam na myśli "samoświadomości" rozumianej jako deliberowanie nad swoim "ja". Nie bardzo rozumiem, do czego Pan zmierza. Primo, przypadki patologiczne niekoniecznie są istotne: np. można równie dobrze pytać, w jaki sposób ktoś mocno upośledzony ma / może wypełniać obowiązki chrześcijańskie, no bo przecież nie może, nie umie itd. Secundo, pisałem o pneumie (por. https://myslkonserwatywna.pl/witczak-na-obraz-i-podobienstwo/). Demencja nie pozbawia Pana człowieczeństwa, ani sen: ale faktycznie, niedorzecznie byłoby esencji swego jestestwa upatrywać w przemijającym śnie albo w zakłóceniach rozpoznawalnych jako demencja. Choroba zresztą nie zabija przecież tej pneumy, co najwyżej zaburza możność jej poznania.

Zresztą, nie twierdzę, że mam pełne rozwiązanie tych kwestii. Pewien mój znajomy lata temu napisał tak:

Otóż żaden człowiek, nawet najbardziej prymitywny, nie jest jednolitą istotą. Bardzo dobrze obrazuje to gnostycka metafora o sercu jako karczmie, do której z buciorami włażą różni wędrowcy. Przy czym wszyscy oni są częściami nas samych. Są to demony z trzech królestw: ciała, psychiki i ducha. Człowiek obdarzony emocjonalnym chłodem uważnie obserwując siebie dostrzega różne przychodzące niejako z zewnątrz odczucia i wrażenia: na przykład pożądanie i strach są głosem demona który pragnie przetrwania, a chęć zgłębiania nieznanego pochodzi od idei/bytu bliższego naszej prawdziwej tożsamości, mniej zanieczyszczonego. Umysł jest przepełniony chaotyczną burzą.

(...)

Skoro zbliżymy się do tej wewnętrznej tożsamości, możemy ujrzeć swoją świadomość jako swego rodzaju przezroczystą powierzchnię skażoną emanacjami ciała i psychiki. Ludzie całkowicie utożsamiają się z tymi emanacjami. Czysta tożsamość nie przejawia żadnych cielesnych pożądań ani psychicznego roztargnienia. Czym więc są nasze różne maski, które przybieramy aby poradzić sobie w społeczeństwie, w tym czy innym otoczeniu? Różnymi załamaniami i zanieczyszczeniami kryształu.

(...)

Dlatego należy dążyć do porzucenia "siebie", wewnętrznej banicji, aby uzyskać jak największy stopień przezroczystości.


Wydaje się więc, że chodzi o partycypację w Czystym Istnieniu. Ostatecznie przecież lwia część metafizycznych i religijnych poszukiwań na całym świecie brała się właśnie z tego przekonania, że jeśli coś ulega zmianie, to nie jest prawdziwe, a nawet, że "opisać znaczy ograniczyć" (stąd apofatyczne pojmowanie Absolutu).

Trochę niezdarne tłumaczenie z angielskiego (archimandryta Placyd Deseille):


 Według niektórych Ojców Kościoła (…) pojęcie "obrazu" odpowiada początkowej fazie zjednoczenia człowieka z Bogiem (…) – owej predyspozycji człowieczej natury, którą stworzono dla Boga; gdy tymczasem "podobieństwo" odnosi się do pełnego osiągnięcia jedności z Bogiem. (…) W tej jedności człowiek pozostaje wszelako osobą, która zachowuje własną świadomość. Nie zachodzi całkowite wchłonięcie człowieka przez Boga, lecz człowiek pozostaje, by użyć terminologii chrześcijańskiej, osobą – albo też, mówiąc greką, hypostasis. Tym niemniej, nie jest już dłużej indywidualnością
ang. individual]4.

W naszym codziennym doświadczeniu nie potrafimy pojąć różnicy pomiędzy ludźmi inaczej niż na poziomie indywidualnych rozróżnień. Postrzegamy to zgoła jako aksjomat, że żaden byt nie może być odróżniony od innych poza tym obszarem, na którym ma w sobie coś "innego". Mówiąc inaczej, jeśli da wyrazić na temat tego bytu coś, co – jeśli można tak rzec – czyni go szczególnym i przez to odmiennym od innych bytów. Ale w Trójcy, jak rozumieją ją chrześcijanie, Ojciec, Syn i Duch Święty są tą samą rzeczywistością [are the same reality]. Są jedną i tą samą rzeczą, choć równocześnie to trzy odrębne osoby. (…) W Bogu boska esencja, sam Jego byt, jest posiadany wspólnie przez owe trzy osoby. Postęp duchowy prowadzi człowieka do ogołocenia się z wszystkiego, co dotyczy jego natury indywidualnej, do wyzbycia się swej naturalnej kondycji i wszystkiego, czym jest – aby przystąpić do całkowitej jedności z Bogiem i innymi (ludźmi). To jednak może być osiągnięte tylko w sposób zupełnie antynomiczny, bo równocześnie zobowiązani jesteśmy do zachowania elementu różnicującego, ale na łonie zjednoczenia – gdzie każdy indywidualny czynnik, który ściąga nas do naszej naturalnej kondycji, zmierza ku samozatarciu.

***

Cytuj
jak być może nie potrzeba niczego innego niż odpowiednio rozwinięty mózg i otoczenie (bodźce), by organizm był samoświadomy.

Czyli kto? To właśnie jest kluczowe. Można oczywiście powiedzieć, że to pytanie jest bez sensu, bo nie ma żadnego "kogoś", po prostu "powstaje samoświadomość", ale to jednak wybieg: trochę jak materialistyczny fizyk, wzruszający ramionami i mówiący, że "pytanie o to, co było przed Wielkim Wybuchem, skoro nie było czasu i przestrzeni, jest bez sensu, prawda jest taka, że nie da się na nie odpowiedzieć, znając tylko czas i przestrzeń". No i człowiek wierzący "apofatycznie" określa tę 'nicość'  / 'wszystkość' jako Boga. Poniekąd podobnie rzecz się ma z kwestią jestestwa i pneumy.
« Ostatnia zmiana: Kwietnia 02, 2019, 23:31:50 pm wysłana przez Adimad » Zapisane
Anawim
bywalec
**
Wiadomości: 96

« Odpowiedz #7 dnia: Kwietnia 03, 2019, 14:07:54 pm »

Choroba zresztą nie zabija przecież tej pneumy, co najwyżej zaburza możność jej poznania.
----
A czym się tę pneumę poznaje? Pneumą, psychiką czy ciałem?
Chyba nie uważa Pan, że taka pneuma podlega chorobom ("nie zabija jej"), zatem by ją poznać konieczne jest psyche (bo to ono podlega zaburzeniom). Której podobno należy się pozbyć, by pneumę poznać. Czy coś w ten deseń.


Skoro zbliżymy się do tej wewnętrznej tożsamości, możemy ujrzeć swoją świadomość jako swego rodzaju przezroczystą powierzchnię skażoną emanacjami ciała i psychiki. Ludzie całkowicie utożsamiają się z tymi emanacjami. Czysta tożsamość nie przejawia żadnych cielesnych pożądań ani psychicznego roztargnienia. Czym więc są nasze różne maski, które przybieramy aby poradzić sobie w społeczeństwie, w tym czy innym otoczeniu? Różnymi załamaniami i zanieczyszczeniami kryształu.
-----------
No ktoś tu twierdzi, że ta pneuma, to najbardziej "wewnętrzne" to jest nieskażona świadomość, jakaś enigmatyczna czysta tożsamość. To jakaś inna świadomość, niż ta, która podlega zaburzeniom w chorobie, śnie czy czym tam jeszcze? Jeśli ten ktoś ma rację, to trzeba sobie wyciąć mózg i doświadczać czystej świadomości, nieskażnoej tożsamości. ;)
Nie chcę się jakoś wybitnie z tego naigrawać, ale nawet św. Tomasz uważał, że substancja odłączona (dusza bez ciała) nie jest człowiekiem, a poznaje z łaski Bożej na sposób anielski (Bóg "wlewa" gotowe formy poznawcze). 


 Czyli kto? To właśnie jest kluczowe. Można oczywiście powiedzieć, że to pytanie jest bez sensu, bo nie ma żadnego "kogoś", po prostu "powstaje samoświadomość", ale to jednak wybieg: trochę jak materialistyczny fizyk, wzruszający ramionami i mówiący, że "pytanie o to, co było przed Wielkim Wybuchem, skoro nie było czasu i przestrzeni, jest bez sensu, prawda jest taka, że nie da się na nie odpowiedzieć, znając tylko czas i przestrzeń". No i człowiek wierzący "apofatycznie" określa tę 'nicość'  / 'wszystkość' jako Boga. Poniekąd podobnie rzecz się ma z kwestią jestestwa i pneumy.
---------
Opętanie jezykiem; Akurat w języku polskim miano "ktosia" przysługuje nie tylko człowiekowi, ale również zwierzętom i roślinom (patrz językoznawcy Zaron, Bogusławski).
Oczywiście, że pytanie o to, co było przed Wielkim Wybuchem nie ma sensu i to nawet dla wierzącego w Boga, dokładnie z powodów, które Pan opisał, a co już zauważał św. Augustyn. Można mówić co najwyżej o następstwie logicznym i pytać się, czy Wszechświat jest samoistny (jest Absolutem) czy nie jest (jest zależny od czegoś innego, np. praw przyrody, Boga, jakiejś innej cywilizacji).
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1336

« Odpowiedz #8 dnia: Kwietnia 03, 2019, 18:51:18 pm »

Cytuj
To jakaś inna świadomość, niż ta, która podlega zaburzeniom w chorobie, śnie czy czym tam jeszcze?

Obrazowo widziałbym to nie jako zaburzenia dotykające to 'True Self', ale jako chmury i burze przepływające wokół. Trochę jak np. Jowisz: jego skaliste jądro i kłębowisko huraganów wokół.

As one traditional writer put it, “our Ego is nothing but a name for what is really only a sequence of observed behaviours.” Where they disagree however is when Hume and his followers declare that man consists of nothing but this “lesser self,” when they reduce spirit to mind, mind to brain, and brain in turn to anatomical structures. For such individuals, thinking is a “neuro–chemical” process, or as Wilson puts it, “an epiphenomenon of the neuronal machinery of the brain.” (R. Coomaraswamy).
Zapisane
Hubertos
aktywista
*****
Wiadomości: 818


Swiecki katolik ;)

« Odpowiedz #9 dnia: Kwietnia 30, 2019, 10:09:31 am »

Niechęć do spowiedzi wśród ludzi wierzących wywołuje przede wszystkim chamstwo księży oraz ich widoczna niewiara w sam sakrament i pewnie w Boga. Dla ludzi niewierzących to bez znaczenia, dlatego cały ten temat jest tylko drążeniem nieistniejącego problemu.
Pozdrawiam serdecznie.


Przezylem w swoim zyciu (po przyjezdzie do UK) okolo 5 miesiecy bez spowiedzi:
1) Trudno bylo znalezc ksiedza, ktory spowiadalby w jakichs wyznaczonych godzinach
2) Jak juz znalazlem ksiedza, to powiedzial, ze mam skrupulanckie sumienie (co nie jest prawda)
3) Powiedzial mi, ze wiekszosc moich grzechow Pan Bog odpuszcza po wyrazaniu zalu - moglbym sie zgodzic, ale nawet grzechy lekkie nalezy przy spowiedzi wyznac
4) Ogolnie - za kilka grzechow ciezkich - w tym nieuczestniczenie we Mszy Swietej w swieto nakazane, za pokute dostalem 'Ojcze Nasz' i 'radosne usmiechniecie sie do wspolpracownika' (z ktorym natenczas bylem mocno skonfliktowany, co prowadzilo do pewnych grzechow).
Zapisane
Nie jestem osoba duchowna - ale bylem w zakonie :D
etratio
rezydent
****
Wiadomości: 385


« Odpowiedz #10 dnia: Kwietnia 30, 2019, 18:10:54 pm »

"Czyli typowa korpo-gadka, by naprostować pracownika, który zwątpił w centralę".
Coś podobnego i mi się zdarzało.

Mam jednak od dawna inną wątpliwość.
Wiem, że dotyczy bardzo nielicznych spowiedników.
Wszyscy mamy przekonanie, że tajemnica spowiedzi to rzecz święta i pewna.
Nawet technicznie patrząc, to chyba trudno byłoby pozapamiętywać co i kto przy setkach penitentów miesięcznie...

Jak jest jednak z tą tajemnicą spowiedzi w przypadku ex księży, jak np. prałat Charamsa... oraz całej plejady Obirków, Bartosiów i im podobnych...
Osobiście najwięcej zaufania mam do bardzo starego zakonnika w konfesjonale...

Piszę to pamiętając o pewnym autentycznym przekazie z Wronek, gdzie był ktoś z mojej bliskiej rodziny przed 1953 rokiem... i gdzie  użyto fałszywego? bądź zdegenerowanego? kapłana do spowiadania więźniów politycznych, niektórzy z nich mieli piękne wielokrotne wyroki, chyba nawet śmierci za zwalczanie z bronią w ręku władzy ludowej...
Zapisane
"W nocy nie ulękniesz się strachu, ani za dnia - lecącej strzały"
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1336

« Odpowiedz #11 dnia: Kwietnia 30, 2019, 22:20:54 pm »

Cytuj
Niechęć do spowiedzi wśród ludzi wierzących wywołuje przede wszystkim chamstwo księży oraz ich widoczna niewiara w sam sakrament i pewnie w Boga. Dla ludzi niewierzących to bez znaczenia, dlatego cały ten temat jest tylko drążeniem nieistniejącego problemu.

Myślę, że nie powinno się tak pochopnie oceniać tych księży, zwłaszcza w Polsce. Ja np. mam inne doświadczenia, ale nie będę o nich mówił, bo - wbrew pozorom - nie należy nawet i swoich spraw wynosić poza konfesjonał. Anyway, nigdy nie wie Pan, czy ten "odstawiający rutynę księżulek", który "kazał odklepać dziesiątkę", to nie jest jakiś mistyk, który potem zamyka się w kapliczce i przeżywa katusze, odprawiając bolesne pokuty za Pana i za innych :-) Szansa pewnie 0,1 proc., ale to z jak tymi dziesięcioma sprawiedliwymi.

Dla ludzi niewierzących lub raczej dla takich, którzy krążą po jakimś pograniczu, ma to, owszem, znaczenie. Przynajmniej u tych, którzy są "dobrej woli". A nawet, jeśli nie są, to i tak warto zastanowić się nad podstawami owej niewiary. A jedną z nich, niekoniecznie kluczową, niemniej obecną, jest właśnie to, o czym pisałem w artykule: przywiązanie do 'ja'. I to nie w tym moralistycznym sensie, że hoho, egoizm, własne przyjemności itd., ale w tym sensie metafizycznym, bo u fundamentów zawsze tkwi pewna metafizyka. To znaczy w tym sensie, iż nie dostrzegają, że wszystko ponad pneumą to tylko mglista burza wyładowań i wrażeń. Nad którymi duch powinien panować, ale którymi w swej istocie nie jest.

Jak pisał ks. Rama Coomaraswamy w odniesieniu do sceny z Bhagavadgity, gdzie Krśna jest woźnicą księcia Ardżuny: Rydwan jest wehikułem psycho-fizycznym, którym – lub w którym – żyjemy się i poruszamy, zgodnie z naszą wiedzą o tym, "kim jesteśmy". Konie to zmysły, lejce to narzędzia kontroli nad tymiż zmysłami. Jeśli koniom pozwoli się na ucieczkę od umysłu, wtenczas rydwan zjedzie na manowce. Ale jeżeli konie są ujarzmione i kierowane przez umysł w powiązaniu z jego wiedzą o Jaźni [Self], tj. atmanem reprezentowanym przez Boga Krisznę, wtedy – i tylko wtedy – podróż będzie biegła właściwym torem. (…) W owej mitycznej alegorii, Kriszna, wyższa i wewnętrzna Jaźń, poucza Ardżunę, wyróżnioną osobowość [identified personality], że ważne jest nie życie i śmierć poszczególnej jednostki, ale raczej wewnętrzny rdzeń, obecny u każdego, ów atman, który musi być poznany.

Poza tym takie metafizyczne ujęcie, które pogłębia "prostą moralistykę" i dialektykę "kary / winy / przestępstwa" może pomóc także osobom wierzącym: dodając im trochę otuchy i zrozumienia dla tego, co się faktycznie w człowieku dzieje.
Zapisane
etratio
rezydent
****
Wiadomości: 385


« Odpowiedz #12 dnia: Maja 10, 2019, 15:05:36 pm »

"Biskup wyznaje Kazimierzowi to, czego dowiedział się w Żarnowcu. Król jest wściekły. Postanawia ożenić się z Krystyną. Rokiczana jest zaskoczona oświadczynami, ale zgadza się od razu. Wkrótce oświadcza Beneszowi, że nie będzie już szpiegować".

 https://pl.wikipedia.org/wiki/Korona_kr%C3%B3l%C3%B3w

W serialu jest to pokazane tak, że biskup dowiaduje się o romansie oddalonej królowej Adelajdy podczas spowiedzi jej dwórki, która "ma wyrzuty sumienia".

Ciekawe, czy to złamanie tajemnicy spowiedzi przez biskupa Bodzętę jest jakoś historycznie udokumentowane, czy to wymysł twórców serialu... (sprzedanego ostatnio do Japonii i na Węgry)?

03:30
https://vod.tvp.pl/video/korona-krolow,odc-220,42277568


Trochę dalej wiki przywołuje już niewątpliwie legendę:
"Wkrótce król nawiązuje romans z Żydówką Esterką i odprawia Krystynę. Przebywająca w Hesji królowa Adelajda nie ustępuje w walce o swe prawa i wciąż śle listy do papieża".
« Ostatnia zmiana: Maja 10, 2019, 21:10:37 pm wysłana przez etratio » Zapisane
"W nocy nie ulękniesz się strachu, ani za dnia - lecącej strzały"
Strony: [1] Drukuj 
Forum Krzyż  |  Traditio  |  Katolicki punkt widzenia  |  Wątek: Spowiedź i prawdziwa jaźń « poprzedni następny »
 

Działa na MySQL Działa na PHP SMF 2.0.19 | SMF © 2014, Simple Machines Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!