Forum Krzyż
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Lipca 06, 2022, 15:39:38 pm

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukaj:     Szukanie zaawansowane
www.UnaCum.pl

Centrum Informacyjne Ruchu Summorum Pontificum
227077 wiadomości w 6550 wątkach, wysłana przez 1658 użytkowników
Najnowszy użytkownik: Kotecki
Strona główna Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja
Forum Krzyż  |  Disputatio  |  Sprawy ogólne  |  Wątek: Czym legitymizm jest, a czym nie jest
« poprzedni następny »
Strony: [1] Drukuj
Autor Wątek: Czym legitymizm jest, a czym nie jest  (Przeczytany 2835 razy)
radek buczyński
Gość
« dnia: Czerwca 02, 2009, 08:45:31 am »

Poniżej text wykładu wygłoszonego przez prof. Bartyzela w Szczecinie 27.05.2009r.


Proszę Państwa, mam dzisiaj mówić o legitymizmie. Tytuł mojego wystąpienia brzmi: „Czym legitymizm jest, a czym nie jest”, dlatego będę traktował raczej o teorii niż historii legitymizmu. Kto z Państwa jest ciekaw poznania historii, tego zachęcam do nabycia tej niewielkiej książeczki (Legitymizm – historia i teraźniejszość, Biblioteka Rojalisty, Wrocław 2009).
W niektórych krajach legitymizm nosi swoją partykularną nazwę od imienia władców: czy to obalonych przez antylegitymistyczną rebelię, czy to nie dopuszczonych do objęcia władzy. Na przykład, najstarszą postacią legitymizmu jest angielsko-szkocko-irlandzki – specjalnie nie mówię „brytyjski”, a powiem za chwilę dlaczego – jakobityzm. Dlaczego jakobityzm? Dlatego, że ostatni prawowity król Anglii miał właśnie na imię Jakub (James): Jakub II Angielski, będący jednocześnie Jakubem VII Szkockim. Został on obalony przez rewolucję, nazwaną przez wigów (późniejszych liberałów) „chwalebną”. Oczywiście „chwalebna” była ona z ich punktu widzenia, a nie z punktu widzenia legitymistycznego.
A dlaczego nie legitymizm „brytyjski”? Dlatego, że twór polityczny, który się nazywa Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii, rezultat ścisłej unii, już nie tylko personalnej, dynastyczna, ale znoszącej odrębność Szkocji od Anglii, został zawiązany dopiero w roku 1707, czyli już za panowania uzurpatorów, a nie prawowitych dynastów. Toteż można by powiedzieć, że dzisiaj panująca Elżbieta II jest królową Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii (co do tego jej tytułu nie mam zastrzeżeń), natomiast na pewno nie jest prawowitą królową Anglii, Szkocji i Irlandii.
Dalej, na przykład legitymizm hiszpański nazywany jest karlizmem, ponieważ nie dopuszczony do panowania – a powinien być zgodnie z regułami prawa salickiego, obowiązującego w dynastii Burbonów – brat Ferdynanda VII, który zmarł w 1833 roku, miał na imię Don Carlos, czyli po polsku Karol. Zresztą, jego najbardziej znanym następcą też był Don Carlos (Karol VII).
I wreszcie Portugalia: tam obalony przez rewolucję liberalną król miał na imię Miguel, czyli po polsku Michał, stąd legitymizm portugalski nazywa się miguelizmem.
Nie ma natomiast tego zwyczaju w legitymizmie francuskim, chociaż w XIX wieku też czasami nazywano go potocznie chambordyzmem, od tytułu króla de iure Henryka V, który był hrabią de Chambord.
Ale, jak powiedziałem, nie chciałbym na tym wykładzie koncentrować się na historii. Może tylko jeszcze wspomnę, że pierwszy chronologicznie przejaw legitymizmu ma poniekąd związek z Polską. Chodzi o to, że – jak Państwo może z historii szkolnej pamiętacie – Zygmunt III Waza, będąc elekcyjnym królem Polski, był także przecież dziedzicznym, więc prawowitym, królem Szwecji. Został on wychowany w wierze katolickiej i był gorliwym katolikiem, a jego poddani, niestety, w większości byli luteranami, został więc przez nich zdetronizowany. Czyli od tego momentu w Szwecji też nastąpiła uzurpacja władzy. I pierwszym ruchem legitymistycznym w historii, o czym nawet w Polsce mało się pamięta, był emigracyjny rząd szwedzki w Warszawie, przy królu Zygmuncie III, składający się z jego katolickich wiernych poddanych jako prawowitego króla szwedzkiego.
Innym jeszcze śladem, czysto literackim, tego najwcześniejszego XVII-wiecznego legitymizmu jest ślad w dziele które chyba, mam nadzieję, wciąż jeszcze każdy z nas zna, to znaczy w Potopie i w Panu Wołodyjowskim, gdzie występuje postać szkockiego kawalera Hasslinga-Ketlinga, który znalazł się w Polsce dlatego, że (jak to mniej więcej przypominam sobie tę sienkiewiczowską frazę) „jeszcze pacholęciem będąc walczył przeciwko rokoszanom Angielczykom, zbuntowanym niegodziwie przeciw swojemu przyrodzonemu Panu”. Chodzi tu zatem o rewolucję cromwellowską, purytańską, czy jak ją tam jeszcze inaczej nazwiemy, której kulminacją była pierwsza w dziejach procesowa egzekucja króla przez poddanych, Karola I Stuarta, w 1649 roku. Wprowadzenie postaci Keslinga było więc czytelnym dowodem legitymistycznych sympatii naszego wielkiego pisarza.

Aby już dłużej nie zajmować się historią, powiem krótko, że legitymizm nie jest po prostu ruchem politycznym. To jest po prostu postawa wierności. Legitymizm jest postawą wierności wobec prawowitych dynastii, bądź prawowitych władców w obrębie tych dynastii, którzy zostali obaleni przez rewolucje religijne i polityczne, począwszy od protestantyzmu. Nie chodzi więc tutaj tylko o rewolucję francuską czy o rewolucje stricte antymonarchistyczne, bo przecież w takich krajach, jak Wielka Brytania, Szwecja czy Hiszpania jest jakaś monarchia: ale nie są to już monarchie legitymistyczne. Można zatem od razu powiedzieć, że legitymizm nie jest po prostu monarchizmem. Powiedziałbym nawet, że legitymista ma w pogardzie tych wszystkich dzisiejszych monarchów, którzy mówią, że są strażnikami demokracji, którzy podpisują bez szemrania, jak chociażby hiszpański Jan Karol, ustawy, pozwalające na zabijanie nienarodzonych, albo tzw. związki partnerskie i inne rzeczy przeciwne prawu naturalnemu. Albo, gdy mają jeszcze jakieś opory, to urządzają (jak belgijski król Baldwin) farsę z jednodniową abdykacją, żeby samemu takiej ustawy nie podpisywać. Legitymizm zatem to coś więcej niż monarchizm. I właśnie o tym „czymś więcej” chcę dzisiaj mówić.
Już sama historia pokazuję nam, że nie chodzi tutaj tylko o formę polityczną. W legitymizmie chodzi o pewną generalną zasadę, która jest zasadą filozofii, a nawet i teologii politycznej, i której nie da się sprowadzić nawet tylko do normy prawowitości dynastycznej, to znaczy porządku sukcesji. Bo jeżeli mielibyśmy obracać się wyłącznie w tym aspekcie, to legitymizm może się wydawać tylko „czystą formą”. Owszem, są w legitymizmie ustalone reguły sukcesji. Są one zresztą ustalone prawem zwyczajowym i człowiekowi (także królowi) nie wolno ich zmieniać. Generalną zasadą tego legitymizmu formalnego jest zasada primogenitury. Tron przechodzi z ojca na syna, a jeśli dana linia wygasa, to sukcesja przechodzi na istniejące boczne linie. W sensie formalnym zatem legitymizm to jest właśnie to: porządek sukcesji. Jeżeli ktoś obchodzi ten porządek, zdobywa władzę tak, jak o Klaudiuszu powiedział Szekspirowski Hamlet: że „wtrynił się na tron”, to jest on uzurpatorem. Te zasady sukcesji stanowią legitymizm formalny, dynastyczny. Ale ja chcę pokazać, że legitymizm to nie jest tylko zasada prawowitości dynastycznej formalnej; że samo słowo „prawowitość” (pochodzące od legitimus, zgodny z prawem, uprawomocniony) ma sens bardziej złożony.
Dlatego muszę od razu uprzedzić, że, niestety, mój wykład będzie dość trudny. A ta trudność – chcę Państwa mocno o tym zapewnić – nie pochodzi stąd, abym chciał się tutaj jakoś wymądrzać, czy epatować jakimiś trudnymi słowami, czy czymś takim. Ona jest nieunikniona z innego powodu, a mianowicie z tego, że samo myślenie legitymistyczne o władzy, polityce, uprawnieniu do rządzenia jest w tak całkowitej sprzeczności z tym językiem, i idącym za tym językiem wyobrażeniom o tym, co to jest polityka, władza państwo, które panują dzisiaj, że dla nieobeznanego słuchacza nieuchronny jest pewien „szok semantyczny”. Będziemy zatem obracać się tu w kręgu spraw, pojęć, założeń, zasad, norm, których nie odnajdziecie Państwo w tym, co słyszycie o polityce w przestrzeni publicznej: od polityków, od mediów, w Internecie, etc. To jest świat zasad, których po prostu nie tylko, że nie ma już w rzeczywistości empirycznej, ale nie ma ich też w świadomości tych, którzy tę rzeczywistość tworzą (czy wydaje im się, że tworzą). Na czym polega ta zasadnicza sprzeczność między obiegowym dziś językiem politycznym a myśleniem w kategoriach legitymizmu? Chodzi tu przede wszystkim chodzi tu o dwie, a właściwie o trzy rzeczy.

Po pierwsze, myślenie legitymistyczne o polityce opiera się na przekonaniu o hierarchicznym porządku świata. Świata nie tylko ludzkiego: całego Wszechświata. Takie myślenie było dla naszych przodków oczywistością, natomiast dzisiaj jest kompletnie niezrozumiałe. A legitymizm jest właśnie tym myśleniem, który pozostał temu wierny. Świat, cały Wszechświat składa się z hierarchicznie uporządkowanego, jak to wyraża metafora średniowieczna, „wielkiego łańcucha bytów”, Gdzie na szczycie oczywiście jest byt będący filozoficznie absolutem, religijnie Bogiem: Pierwszą Przyczyną, Stwórcą wszystkiego, od którego całe stworzenie jest od niego zależne. Potem jest świat rzeczywistości czysto duchowych, inteligencji, aniołów. Dopiero potem jest człowiek, jak mówi Szekspir, „ani anioł, ani zwierzę”. Wreszcie, świat bytów ożywionych i nieożywionych. I ten porządek przekłada się również na rzeczywistość społeczną. Również społeczeństwo jest bytem hierarchicznie uporządkowanym, jest organizmem mającym swoją głowę, która musi przewodzić. A zatem władca. Znakomicie tę organicystyczną metaforę ujął pierwszy chrześcijański filozof polityczny sensu stricto, Jan z Salisbury, żyjący w XII wieku, autor traktatu Policraticus, którego przekład właśnie wyszedł po polsku, niestety nie z oryginału łacińskiego, lecz z angielskiego. Jan z Salisbury wykłada, że wspólnota, civitas, res publica, jest organizmem, który ma uporządkowane hierarchicznie członki. Wiadomo przecież, że głowa jest ważniejsza niż stopa (co nie znaczy, że stopa nie ma znaczenia, bo jak nie będziemy mieli stopy, to trudno będzie nam chodzić). Ale musi istnieć hierarchia: na czele jest głowa, czyli król. Dalej, w organizmie społecznym jest serce, czyli rada królewska, senatorowie, doradcy; są ramiona, czyli wojownicy, rycerze. Są organy odpowiedzialne za funkcje fizyczne życia: żołądek, wątroba, nerki; to będą stany gospodarcze: kupcy, rzemieślnicy. Są wreszcie nogi i stopy, czyli lud, który jest najniżej.
Lecz jeszcze musimy wziąć pod uwagę, że ten organizm jest przecież organizmem psychofizycznym. W tym układzie władza doczesna i cały porządek doczesny to „ciało”. A czym jest dusza tego organizmu? Duszą będzie w nim społeczność nastawiona na cele ponaddoczesne, czyli Kościół. A ponieważ ciało jest niższe od duszy, to mamy kolejny układ hierarchiczny: wspólnoty politycznej (niższej) i wspólnoty duchowej, kościelnej (wyższej).
Tymczasem, myślenie współczesne jest całkowicie egalitarne. Każda hierarchia, każdy układ zależności jest traktowany jako „skandaliczny”. W gruncie rzeczy wszyscy do pewnego stopnia, mniej lub bardziej świadomie, są marksistami, którzy uważają, że każda hierarchia, każda podległość, każda zależność „alienuje” człowieka: powoduje alienację, czyli oderwanie od tego, czym moglibyśmy być, gdybyśmy byli w lepszym systemie niż jesteśmy obecnie. To sprawia, że cała historia nowożytności, współczesności i postnowoczesności jest historią nieustannych ruchów emancypacyjnych, które ciągle się czegoś domagają w imię, generalnie rzec biorąc, tego, co nazywane jest „prawami człowieka”. To jest ów wytrych, ta ideologia praw człowieka, wynaleziona w czasach nowożytnych, jako coś, co ma obalić „alienujące” nas prawo wyższe, czyli prawo boskie i naturalne. W opozycji do tego prawa wyższego okazuje się, że to my mamy ponoć jakieś przyrodzone prawa. Historia pokazuje, że to zaczęło się na pozór niewinnie, od proklamowania przez liberała Locke’a takich praw, jak życie, wolność i własność. Każdy przecież chce żyć, każdy chce być wolny i każdy chce mieć coś na własność. Ale jeżeli to przestaje być obiektywną normą prawa naturalnego, a sdaje się subiektywnym uprawnieniem, to rodzi się potem myśl, że „ktoś” nam nie daje tego czegoś, co się nam należy. To jak by puszka Pandory została otworzona, bo wkrótce okazuje się, że jest coraz więcej owych „praw”. Uczycie się pewnie Państwo w szkołach czy na uczelniach o różnych „generacjach” praw człowieka. Tych praw przybywa ciągle i teraz się okazuje, że nawet jak jakieś tam „prawo” już wywalczy, to nie jest koniec. Zaraz pojawia się nowa grupa, która mówi: „teraz my, teraz nasze prawa, nasze prawa jeszcze nie zostały uwzględnione. W tym rozumowaniu wychodzi się zatem od abstraktu, jakim jest jednostka, poza wspólnotą, poza obrębem organizmu, będąca podobno nosicielem jakichś niezbywalnych praw, które ktoś musi zagwarantować, bo inaczej one nie są zrealizowane. Lecz jeżeli na przykład powiem, że mam „prawo do małżeństwa”, to de facto musi gdzieś istnieć jakaś kobieta, która ma obowiązek za mnie wyjść, bo inaczej „prawo” to nie będzie wyegzekwowane. I ta „walka o prawa człowieka”, o tę emancypację, nigdy się nie kończy. Jeżeli przegramy bitwę o to czy małżeństwo ma być, jak to stanowi prawo naturalne, związkiem mężczyzny i kobiety, jeśli dopuści się związki jednopłciowe, to nie miejmy złudzeń: następnym polem bitwy będzie zapewne walka o takie same „prawa” zoofilów albo nekrofilów. To się nigdy nie skończy: chyba że się tę „filozofię” praw człowieka, że tak powiem radykalnie, nie zabije.
Niedawno słyszałem charakterystyczną wypowiedź wyrażającą tego typu myślenie. Mianowicie, któryś z hierarchów włoskich (nie pamiętam nazwiska), chyba nawet kardynał, skrytykował pewną reklamę, w której jakiś dżentelmen ma samochód tak pojemny, że rozwozi nim swoje dzieci z różnych związków do przedszkola i szkoły. Hierarcha ten skrytykował zatem, oczywiście słusznie, tę reklamę, że ona de facto zachęca do poligamii. Bo każdy związek zakładany za życia poprzedniego współmałżonka, jest w oczach prawa kościelnego poligamią. I w odpowiedzi na to, burmistrz Bolonii oświadczył, że ta krytyka godzi w „prawo do rozwodu”. Czyli, proszę zauważyć, coś, co ostatecznie można uznać za przejaw słabości, nawet osobistą tragedię, nieszczęście, bo nie ułożyło się tym ludziom życie, jest traktowane jako „naturalne uprawnienie”, jako coś co się ludziom należy, jako „prawo do”! Także i ten przykład pokazuje, jak bardzo myślenie legitymistyczne jest niezrozumiałe dla mentalności współczesnych. Bo tu mamy po jednej stronie hierarchiczną wizję świata i człowieka, opartą na przekonaniu, że ład ludzki ma jakąś swoją wyższą przyczynę, podlega prawu, które nie przez człowieka zostało stworzone, tylko zostało mu dane jako prawo wyższe, prawo transcendentne, prawo boskie, prawo naturalne. Po drugiej zaś stronie mamy myślenie egalitarystyczne, gdzie wszyscy są równi, zasadniczo nic nie różni ludzi. Oczywiście, jeden jest trochę mądrzejszy, drugi trochę głupszy, jeden bogatszy, drugi biedniejszy, itd., ale to są incydentalne różnice: gatunkowo jesteśmy jakby tacy sami. W związku z czym wszyscy mamy określony zestaw „praw do czegoś”.
Dopiero w obrębie tego przekonania cały nowożytny obóz dzieli się wewnętrznie, na „prawicę” i „lewicę”, ale w ramach tego świata rządzonego ideologią „praw człowieka”. Im bardziej ktoś jest „na prawo”, to tych praw jest mniej, mm bardziej „na lewo”, wymyśla ich coraz więcej. Ale to jest różnica wyłącznie ilościowa, kwantytatywna, a różnica jakościowa. Zasadniczy sposób myślenia „prawicy” i „lewicy” w tym świecie jest taki sam, a różnice mają charakter „techniczny”.

Druga rzecz, którą należy zasygnalizować, to okoliczność, iż legitymizm powstał i pozostał właściwie w kręgu myślenia takiego, w którym nie ma miejsca na to, co dzisiaj nazywamy państwem. Kiedy mówimy o historii, to rozprawiamy o państwie starożytnym – asyryjskim, ateńskim, rzymskim etc., także  państwie średniowiecznym, ale tak naprawdę mówimy tak, bo to jest jakby technicznie konieczne, lecz taki twór, który nazywa się państwem, tak jak my je dzisiaj rozumiemy, według klasycznej już definicji Jellinka, że jest to jednolita władza na określonym terytorium i nad określoną ludnością, wobec której to państwo ma suwerenne uprawnienia, to coś takiego jest dopiero wytworem nowożytnym. Rozmaite typy wspólnot czy ustrojów politycznych w starożytności, których była cała gama, od despotycznych monarchii, poprzez grecką polis, rzymska res publica, etc., wreszcie imperium czy regnum średniowieczne, państwem w tym rozumieniu nie były. Istniała oczywiście zawsze jakaś forma organizacji i władztwa politycznego, ale to władztwo w czasach przednowożytnych nie miało takiego charakteru, że oto istnieje jeden odpersonifikowany twór, który przenośnie możemy za Hobbesem nazwać Lewiatanem. Jak większość z nas styka się z Lewiatanem? Przecież nie przez styczność z prezydentem, premierem, ministrami czy posłami. Większość z nas ma natomiast styczność z panią Ziutą, podreferendarzem w urzędzie takim a takim; z panem Zdzisiem, który pracuje w innym wydziale, gdzie np. załatwia sprawy meldunkowe. A jak mamy zaszczepić psa albo kota, to jakaś inna pani Gienia będzie dla nas Lewiatanem. Lewiatan to te tysiące urzędników, którzy działają według bezosobowych reguł prawa, którego konstytucja na przykład jest tylko wierzchołkiem, a tak naprawdę są to tysiące aktów, rozporządzeń, okólników itd. To jest właśnie wytwór nowożytności: jednolita, suwerenna władza. Oczywiście, ona dzisiaj ulega zmianie, ale w inny sposób: to znaczy, że dokonuje się transfer tej suwerenności na poziom ponad państwem narodowym. Ale co do istoty rzeczy to niczego nie zmienia, to tylko znaczy, że Lewiatan narodowy zamienia się w hiper-Lewiatana, natomiast logika działania tej instytucji jest taka sama.
Natomiast w świecie przednowożytnym władztwo polityczne przenika się z rozmaitymi, innymi typami władztwa. Przede wszystkim z władzą kościelną, która też nie jest jednolita, bo na przykład równolegle do władzy, powiedzmy, diecezjalnej istnieje władza opatów poszczególnych zgromadzeń. W jakiś sposób do sfery kościelnej, ale także autonomicznej, należy na przykład średniowieczny uniwersytet, gdzie nie ma wstępu dla „pachołków” miejskich, ale również „pachołków” biskupa. Istnieje też władza rozmaitych korporacji, cechów, gildii. Dalej jest to władza panów feudalnych. To jest niesłychanie złożony organizm, w którym oczywiście występuje masę pól tarcia. Kiedy uczymy się o średniowieczu, operujemy na ogół dużymi pojęciami, jak „walka cesarstwa z papiestwem”. Ale jest to ten najwyższy poziom, podczas gdy może to być walka zwykłego plebana z panem czy wsią o jakieś tam serwituty. Mimo wszystko, to się jakoś trzymało, mimo tego rozproszenia owej wielości nachodzących na siebie władz.

« Ostatnia zmiana: Czerwca 18, 2009, 06:07:03 am wysłana przez radek buczyński » Zapisane
abenadar
rezydent
****
Wiadomości: 420

« Odpowiedz #1 dnia: Czerwca 03, 2009, 17:27:09 pm »

+
czy to jest cały tekst wykładu?
Zapisane
Krusejder
aktywista
*****
Wiadomości: 6577


to the power and the glory raise your glasses high

mój blog
« Odpowiedz #2 dnia: Czerwca 03, 2009, 20:41:36 pm »

własnie - podbijamy i czekamy na reszte
Zapisane
zapraszam na mój blog: http://przedsoborowy.blogspot.com/ ostatni wpis z dnia 2 IX
jp7
Administrator
aktywista
*****
Wiadomości: 5518


« Odpowiedz #3 dnia: Czerwca 05, 2009, 15:23:15 pm »

Dobra robota.
(Wskazać błędy w tekście do poprawienia, czy niekoniecznie)?
Zapisane
Kyrie Eleison!
Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?
Tato
aktywista
*****
Wiadomości: 4745


« Odpowiedz #4 dnia: Czerwca 05, 2009, 15:51:26 pm »

Dzieki za tekst Panie Radku - brawo:)
Zapisane
"CRUX SACRA SIT MIHI LUX , NON DRACO SIT MIHI DUX"
          V R S N S M V - S M Q L I V B
Gromit
Gość
« Odpowiedz #5 dnia: Czerwca 23, 2009, 09:40:52 am »

+!
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1296

« Odpowiedz #6 dnia: Kwietnia 08, 2017, 21:10:56 pm »

W przeciętnym polskim oglądzie ideowo-politycznej panoramy hiszpańskiej rzeczywistości w XX stuleciu występuje z jednej strony przebierający się w różne szaty socjalizm, naprzeciwko którego umieszcza się zsymplicyzowany frankizm z przyległościami. Schemat ten jest wygodny, ponieważ w obrazowy sposób tłumaczy sens wojny domowej, ale pomija przystające do niego jedynie częściowo fenomeny, wśród których szczególne miejsce zajmuje karlizm, charakteryzujący się ostentacyjną wiernością wobec, nacechowanego fundamentalnym konserwatyzmem, legitymizmu, nieugięcie popierającego sprawę Don Carlosa, odsuniętego od tronu przez umierającego Ferdynanda VII. Na płaszczyźnie Realpolitik jego zwolennicy ani razu nie odnieśli sukcesu, przegrywając ze stronnikami ukoronowanej córki Ferdynanda Izabeli oraz kolejnymi generacjami liberałów, ale za to wykazali się niezwykłą aktywnością w sferze teoretycznych rozważań, składających się na kosmowizję – uwypukloną przez rodzimego Doktora Kontrrewolucji w tytule monografii.

Książka zaczyna się od Prótasis, w którym to wstępie Autor przedstawia narodziny karlizmu. Powstał on w obronie, tradycyjnie obowiązującego na Półwyspie Pirenejskim, semisalickiego prawa, które przewiduje, że trzeba wykorzystać „wszystkie możliwości dziedziczenia męskiego przed zastosowaniem sukcesji żeńskiej” (s. 33). Oznacza to, że w sytuacjach szczególnego zbiegu okoliczności mogą zostać legitymistycznymi panującymi kobiety i tak właśnie stało się w przypadkach Izabeli Kastylijskiej i Joanny Szalonej, ale nie wówczas, gdy moderniści ubrali w monarsze szaty XIX-wieczną imienniczkę tej pierwszej. Warto co prawda pamiętać, że „nie królestwa istnieją dla praw, ale prawa są dla królestwa” (s. 44), niemniej w wypadku przeprowadzonego w 1833 r. pałacowego zamachu stanu według karlistów pogwałcenie reguł sukcesji szło w parze z naruszeniem Racji Stanu, nakazującej hiszpańskiej klasie politycznej unikanie wszelakich „schizm bytu”, dokonujących się wskutek spiskowych poczynań kuso ubranych afrancesados (sfrancuziałych), marzących o tym, żeby w Iberii było tak jak w innych przesiąkniętych burżuazyjnymi miazmatami „dojrzałych monarchiach konstytucyjnych”.

CAŁOŚĆ: http://www.legitymizm.org/nic-bez-boga-nic-wbrew-tradycji
Zapisane
Strony: [1] Drukuj 
Forum Krzyż  |  Disputatio  |  Sprawy ogólne  |  Wątek: Czym legitymizm jest, a czym nie jest « poprzedni następny »
 

Działa na MySQL Działa na PHP SMF 2.0.14 | SMF © 2014, Simple Machines Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!