Forum Krzyż
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Listopad 28, 2020, 02:26:15 am

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukaj:     Szukanie zaawansowane
Skauci św. Bernarda

http://ssbc.pl/
220142 wiadomości w 6355 wątkach, wysłana przez 1573 użytkowników
Najnowszy użytkownik: Cynin Sodowy
Strona główna Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja
Forum Krzyż  |  Disputatio  |  Sprawy ogólne  |  Wątek: Własność intelektualna, infoanarchizm etc.
« poprzedni następny »
Strony: 1 [2] 3 4 ... 6 Drukuj
Autor Wątek: Własność intelektualna, infoanarchizm etc.  (Przeczytany 12926 razy)
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1234

« Odpowiedz #15 dnia: Marzec 30, 2010, 23:58:19 pm »

Cytuj
Uważam, że kradzież jest zawsze kradzieżą i nic jej nie usprawiedliwia. Niestety we współczesnym Kościele panuje taka bolszewicka moralność, że oni mogą nie płacić bo są biedni, a ktoś te pieniądze używa do złego celu.

Załóżmy nawet, że tak się ma sprawa w przypadku licencji, jak to Pan pisał powyżej, choć ściślej byłoby tu mówić o oszustwie, jeśli w ogóle. Ale co np. z samym kopiowaniem danych jako takim? Czy nie jest tak, że kradzież jest wtedy, gdy mamy dobro RZADKIE - tj. ja Panu zabieram, Panu UBYWA. A tu nie ubywa, tak samo jak np. zaczerpnięcie powietrza z Pańskiego domu nie jest kradzieżą, żaden sąd by tego za coś takiego nie uznał. No, nie ubywa, bo wiadomo, kopiowanie tylko.

Infoanarchistom / copyfighterom naprawdę nie chodzi o to, że "zły Majkrosoft i tak jest bogaty", albo "Metallice nic się wielkiego nie stanie" etc., tak to mówią może "szarzy ludzie z ulicy", niezorientowani w temacie.
Zapisane
JRWF
aktywista
*****
Wiadomości: 1291


« Odpowiedz #16 dnia: Marzec 31, 2010, 00:36:44 am »

@ ATW
To chyba nie do końca jest tak jak Pan pisze.
Proszę sobie wyobrazić taką sytuację:
Dysponuje ktoś dobrem RZADKIM: wiedzą. Postanawia napisać podręcznik dotyczący swojej dziedziny wiedzy. UBYWA jego czasu, który mógłby poświęcić na cokolwiek innego - jeśli nie na jakieś inne formy zarobkowania, to np. rodzinie. Ten ktoś nie napisze tego podręcznika, jeżeli nie dostanie za włożoną pracę i czas godnego wynagrodzenia. Nie dostanie wynagrodzenia, jeśli nie sprzeda się określona liczba egzemplarzy jego dzieła.
Możliwość umieszczania tej pracy w internecie pozbawia tego autora bodźców do pracy. Ktoś powie - niech się zajmie czymś innym, niż pisanie podręczników, choćby kopaniem rowów, jeżeli nic innego przynoszącego zysk nie potrafi robić.
Ale jeżeli problem dotyczy osoby wybitnej? Jeżeli jego dziedzina wiedzy jest czysto teoretyczna i nie potrafi jej zastosować praktycznie poza pisaniem podręczników? Autor nie tylko pozbawiony zostałby możliwości zarobkowania, ale być może bezpowrotnie stracona zostałaby szansa na powstanie przełomowego dzieła. Prywatnie ("do szuflady") książki ten ktoś prawdopodobnie nie napisze, bo jego czas będzie zajęty kopaniem rowów...
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1234

« Odpowiedz #17 dnia: Marzec 31, 2010, 01:50:22 am »

Są różne sposoby zarobkowania. Wie pan, jeszcze w XIX wieku E.A. Poe jak się chciał utrzymywać z pisania, to był za ryzykanta uważany. Ale ale przyczyny były inne. Bo z drugiej strony kiedyś-kiedyś nie było praw autorskich, a na pewno tak restrykcyjnych - i ludzie żyli. Mało tego, można rzec, że JUŻ jest taka sytuacja, że jak się postarać, to wszystko, co potrzebniejsze, znajdzie Pan w necie... a jednak pisarze z głodu nie umierają.
Zapisane
Regiomontanus
aktywista
*****
Wiadomości: 3094


« Odpowiedz #18 dnia: Marzec 31, 2010, 02:08:25 am »

Dysponuje ktoś dobrem RZADKIM: wiedzą. Postanawia napisać podręcznik dotyczący swojej dziedziny wiedzy. UBYWA jego czasu, który mógłby poświęcić na cokolwiek innego - jeśli nie na jakieś inne formy zarobkowania, to np. rodzinie. Ten ktoś nie napisze tego podręcznika, jeżeli nie dostanie za włożoną pracę i czas godnego wynagrodzenia. Nie dostanie wynagrodzenia, jeśli nie sprzeda się określona liczba egzemplarzy jego dzieła.

Bardzo piękna teoria - tyle, że nijak się ma do rzeczywistości. Widać, że nie zna Pan realiów.

Obecnie praktycznie 100% podręczników pisanych jest przez pracowników akademickich - którzy nie piszą ich dla zysku, bo i tak mają już pensję. Osobiście nie znam  nikogo (w naukach scisłych), kto pisząc książke bierze pod uwagę zysk. A teraz powiem Panu dlaczego:

Wydawnicwa dają autorom podręczników akademickich od 5 do 15 procent wpływów ze sprzedaży. Z tym, że 15% to raczej po stronie bajek. Często duże i prestiżowe wydawnictwa oferują takie oto warunki: autor dostaje powiedzmy 10%, ale dopiero od każdego sprzedanego egzemplarza powyżej 1000 szt. Ponieważ sprzedanie 1000szt specjalistyczej pozycji jest często niemozliwe, autor dostaje dokładnie 0. Tyle zarobiło wiekszość moich znajomych, którzy napisali podręczniki akademickie. Szczęściarzom udało sie dostać $1000-$2000 za cały nakład, a jeden "rekordzista", którego znam, zarobił $3000. Kokosy prawdziwe :-) Wyjątki od tej reguły owszem, są (autorzy podręczników dla pierwszego roku popularnych kierunków), ale są to bardzo nieliczne przypadki,  a ich sukces przeważnie poparty jest machiną marketingową, a nie jakością podręcznika.

Ostatnio Springer Verlag ma taką ofertę dla autorów nowej serii monografii matematycznych: autor w ramach wynagrodzenia dostaje 50 szt napisanej przez siebie książki. W zamian zrzeka się praw autorskich na rzecz wydawnictwa. i jak tu nie kochać obecnego systemu ochrony WI?
« Ostatnia zmiana: Marzec 31, 2010, 02:48:41 am wysłana przez Regiomontanus » Zapisane
Certe, adveniente die judicii, non quaeretur a nobis quid legerimus, sed quid fecerimus.
JRWF
aktywista
*****
Wiadomości: 1291


« Odpowiedz #19 dnia: Marzec 31, 2010, 12:10:21 pm »

Są różne sposoby zarobkowania. Wie pan, jeszcze w XIX wieku E.A. Poe jak się chciał utrzymywać z pisania, to był za ryzykanta uważany. Ale ale przyczyny były inne. Bo z drugiej strony kiedyś-kiedyś nie było praw autorskich, a na pewno tak restrykcyjnych - i ludzie żyli.

Poza prawami autorskimi wielu rzeczy na świecie kiedyś też nie było i ludzie też żyli. To żaden argument.
Nie twierdzę, że prawa autorskie są niezbędne do życia. Ale pewna ochrona praw autorskich jest niezbędna. Oczywiście nie w tak absurdalnej formie jak obecnie, ale jednak. Bezsensem na przykład jest, że właściciel sklepu za puszczanie z głośników radia powinien płacić tantiemy, bo przecież już radio je płaci.

To, że dawniej pisarze utrzymywali się nie z pisania wynikało z ówczesnych uwarunkowań. Jeżeli autor był wystarczająco majętny, mógł poświęcić się pisarstwu i egzystować na zadowalającym poziomie. Jeżeli nie był, a chciał pisać i poświęcał się temu, umierał w biedzie. Ilu genialnych (choćby wyłącznie docenianych obecnie!) twórców nie stworzyło potencjalnych kolejnych arcydzieł, bo nie mieliby się z czego utrzymać poświęciwszy się pisarstwu? Nikt nie policzy.


Bardzo piękna teoria - tyle, że nijak się ma do rzeczywistości. Widać, że nie zna Pan realiów.

Znam, znam... ;)
Sam napisałem kiedyś rozdział do podręcznika i kokosów na tym się nie dorobiłem. Bez ogródek przyznam - wynagrodzenie było na tyle liche, że więcej tego nie uczynię, no chyba że dla chwały i przyjemności.  :D Dodam jeszcze, że oczywiście dziedzictwo narodowe, ani nauka polska zbytnio bez mojej pisaniny nie ucierpią...  ;D

Tyle, że ja pisałem wcześniej o twórcach wybitnych, a tych nie jest wcale wielu. Z tym, że kto miałby weryfikować "wybitność" autora, którego prawa autorskie powinno się chronić?

Ale dlaczego skupiac się na prawach autorskich do tekstów pisanych czy muzyki.

W wątku była mowa również ogólnie o własności intelektualnej. Weźmy na przykład przemysł farmaceutyczny, który jest często atakowany za wysokie ceny produktów i zdaniem niektórych zbyt wysokie zyski. Skoro zyski są rzekomo zbyt wysokie, należy zdaniem niektórych pozwolić na kopiowanie wynalazków koncernów farmaceutycznych (leków i preparatów). Dochodzi argument o konieczności ratowania ludzkiego życia i zdrowia.
Nie bierze się tu pod uwagę kilku czynników.
Po pierwsze, olbrzymie środki niezbędne do opracowania całkowicie nowego, innowacyjnego preparatu. Koszt takiego opracowania i przeprowadzenia badań to nawet kilka miliardów dolarów, bez gwarancji zakończenia całego procesu sukcesem - zawsze się może okazać, że opracowany wynalazek jest nieskuteczny, czy wręcz szkodliwy.
Po drugie, wspomniane środki finansowe (i nie tylko!) muszą być "zamrożone" na dość długi czas - nawet kilka lat. Zysk z alternatywnego zainwestowania wspomnianych kilku miliardów dolarów przez tyle lat powinien być niższy niż zysk koncernu farmaceutycznego.

Mamy zatem uzasadnienie dla wysokiej ceny, wysokiego poziomu zysku firmy i stosunkowo długiego okresu ochrony własności intelektualnej.

Wyobraźmy sobie teraz, że w imię ratowania życia i zdrowia biednych ludzi znosimy prawa własności koncernu do opracowanego preparatu. Lek może kopiować każda firma, która będzie potrafiła.
Kto wtedy zainwestuje wspomniane miliardy dolarów w nowe leki? Ile ludzi umrze, bo nie powstaną nowe medykamenty? Doraźnie być może uratuje się jakąś liczbę ludzi, ale w ostatecznym rozrachunku ucierpi prawdopodobnie więcej osób.
« Ostatnia zmiana: Marzec 31, 2010, 12:17:21 pm wysłana przez JRWF » Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1234

« Odpowiedz #20 dnia: Marzec 31, 2010, 14:07:27 pm »

Hmm... ale tu wchodzimy już w pewne kwestie utylitarne, myślenie typu "to i tak nic nie zmienia...", albo "w praktyce...". To pomocne, ale to jakby tylko pewne przesłanki, za lub przeciw, nie dowody, nie kwestie zasadnicze. Należałoby sobie raczej odpowiedzieć na pytania: 1) czy WI w ogóle jest własnością? (wielu autorów, jak np. Miąsik, Kinsella, Machaj - twierdzi, że nie), 2) a jeśli jednak jest coś takiego, jak WŁASNOŚĆ intelektualna (po prostu "posiadanie" czegoś tak, jak się posiada rower) to czy tyczy się to tak samo wszystkich przypadków, tzn. czy można "posiadać" zarówno piosenkę, jak i wzór, powieść, myśl etc. - czy też np. powieść można, a wzór matematyczny już nie etc. Inaczej mówiąc: czy można prawa autorskie, patenty, znaki towarowe i parę innych rzeczy wrzucać do jednego worka z napisem "WI" (a potem albo wierzyć, że ten worek należy szanować, albo nie), czy też każdą z tych rzeczy rozpatrywać osobno.


Tekst w takim "rewolucyjnym" tonie, ale trafny, pogrubienia moje:
http://tosterpandory.salon24.pl/164505,piractwo-to-nie-kradziez
 Kradzież to słowo zarezerwowane do zabrania fizycznej rzeczy, materialnego przedmiotu. Dlatego ściąganie muzyki, filmów, obrazków, książek, programów nie tylko nie jest kradzieżą – za wyjątkiem tego ostatniego, nie jest nawet przestępstwem. Tylko programy chroni polskie prawo – z reszty można korzystać do woli, pod warunkiem, że się ich nie udostępnia.

 
Kradzież to zło, ponieważ zabieramy właścicielowi możliwość korzystania z jego własności – jego fizycznego przedmiotu. Piractwo to dobro, bo umożliwia demonopolizację posiadania przez kogoś myśli, idei, informacji i danych, które można swobodnie kopiować dla dobra ludzkości – bez straty dla właściciela elektronicznego oryginału.

 
Jak pobieramy muzykę od właściciela, to mu jej nie zabieramy – jedynie umożliwiamy autorowi podzielenie się jego twórczością ze światem. Jeśli twórczość ta jest warta zapoznania się z nią – wysłuchania, to właściciel stanie się wkrótce celebrytą – zostanie więc popularnością wynagrodzony. Na popularności z kolei można obecnie jak i zawsze można było – zarobić ciężkie pieniądze – dużo mamony.

 
Pobierając dzieła z sieci, kopiując czyjąś twórczość i rozpowszechniając ją (za darmo) własnym wysiłkiem – nie okradamy autora – my mu umożliwiamy na tej twórczości zarabianie.

 
Ci którzy twierdzą, że kopiowanie niematerialnych rzeczy to kradzież, nie rozumieją pojęcia kradzieży, której definicja nie opiera się na samym fakcie zabranie rzeczy – lecz na odbieraniu jej właścicielowi. Podczas kopiowania niczego nie odbieramy, wręcz przeciwnie – zarabianie autorowi (choć :) nie pośrednikowi) umożliwiamy.

 
Ochroniarze praw autorskich masowo rozdający wszystkim piętna przestępców, już od dawna są anachroniczni, głupi, wredni i nie przystający do internetowej sytuacji. Dlatego wobec oczywistości faktów i pojęć (których znaczenie oni również muszą dostrzegać) warto by jednak głębiej zastanowić się – na czym polega ich agenda.

 
Z początku można było mniemać, że wszyscy ci ludzie tak gorliwie zwalczający piractwo i ściąganie plików, to tylko słabi intelektualnie, wystraszeni korporacjoniści, którym nie w smak jest utrata potencjalnych zysków – wytwórnie płytowe i inne współczesne pośredniczące hieny.

 
Jednak jest znacznie gorzej. Tak naprawdę oni wcale się nie boją. Zamiast tego chcą przestraszyć wszystkich na około, uczynić wszystkich przestępcami, żeby potem zdzierać ciężkie pieniądze, za tak zwane ugody sądowe i grzywny, czyli dyspensę od nieuchronnego więzienia.

 
„Wszyscy kradną, wszyscy są przestępcami” – oto tych antychrystów hasło przewodnie, którym zło przelewa się przez ręce strumieniami.

 
Podłe charaktery starają się nam wmówić, że przestępstwo wypływa z każdej normalnej ludzkiej aktywności – tylko dlatego, że nie jest ona przez nich kontrolowana.

 
Gdyby mieli taką możliwość zakazaliby nam oddychania, tak samo bowiem jak tlen, potrzebna jest wszystkim bliskim sobie ludziom – wymiana najciekawszych i najatrakcyjniejszych zjawisk i idei.

 
W wojnie z piractwem wcale nie chodzi o autorów i twórców. Ordynarnie chodzi jedynie o władzę nad ludzkim stadem. Ten kto może każdą owcę ufarbować na czarno, ma nad nimi władzę, z której wcześniej czy później z premedytacją skorzysta.

 
Tylko ten klej – nazywanie wszystkich przestępcami, trzyma jeszcze w ryzach struktury dawnego ustroju i nie pozwala na swobodną wymianą dóbr kultury i artystycznej twórczości pomiędzy ludźmi. Oni chcą by wszyscy ciągle się bali, to zapobiega społecznym zmianom. Bez powszechności strachu przed nieznanym, nadejdą zupełnie nowe czasy.

 
Taka sytuacja, przejście do wieku wolności źródeł danych, byłaby dla piewców starych zwyczajów – wieków kontroli nad maluczkimi, po prostu katastrofą. Oznaczałaby długo oczekiwaną wolność od monopolistów, jedynych posiadaczy kluczowych kulturowych memów – zlepków informacji.


(...)


 Na naszych oczach powstaje system automatycznej kontroli nad społeczeństwem. Automatycznie – systemowo blokuje się dostęp do piosenek udostępnionych na MySpace, czy Youtube. Zabrania się również udostępniania utworów samym autorom tych piosenek, pozornie posiadającym do nich wszelkie prawa autorskie. W systemie automatyzacji blokowania, nic te prawa nie znaczą.

 
ZAiKS pobiera od publicznych wykonawców tantiemy, nawet gdy udostępniają oni darmową muzykę – na poczet przyszłych wpływów dla autora – jeśli zdecyduje się on „w końcu zmądrzeć” i zastrzec prawa na swoje dzieła.

 
We Francji i Wielkiej Brytanii wkrótce zaczną odcinać za kopiowanie niewłaściwych treści – piractwo będzie tu tylko pretekstem. Co kluczowe – ponieważ nie do ustalenia jest kto konkretnie za danym IP te dane pobierał, po raz pierwszy od wyjścia Europy z czasów barbarzyństwa prawnego – wprowadzona zostanie odpowiedzialność zbiorowa. Będzie się odłączać od sieci całe rodziny, całe gospodarstwa domowe. Niedługo takie prawo zacznie zmuszać wszystkich do wzajemnej podejrzliwości i donoszenia na siebie, celem uniknięcia kary. Wkrótce za donosy, czyli rytualny akt poddania się władzy – ciężkie pieniądze płacić będzie również polska Policja.

 
Internet na naszych oczach jest okrajany i niszczony, podczas gdy tylko tam jeszcze możemy być wolni. Tylko on nam jeszcze pozostał.

 
Świat rzeczywisty przestał być już dawno schronieniem. Nie możemy wyjechać w Bieszczady. GPS i satelity zmieniły ten świat, odkryły, unaoczniły kontrolującym już dawno.

 
W krajach Beneluksu niedługo przymusowo montowane będą nadajniki, przez co władza zawsze będzie wiedziała gdzie samochód się znajduje, kiedy przekracza prędkość i jaki podatek ma do zapłacenia za ilość przejechanych kilometrów.

 
W Londynie za wyrzucenie na ulicę papierka, można być upomnianym przez dyspozytora kamery. Tubalnym głosem płynącym z góry instruuje się obywatela, aby pozostał na miejscu i czekał na strażnika, który wypisze mu mandat. Jak zacznie uciekać straci nie tylko pieniądze, ale i wolność.

 
Paradoksalnie w świecie wolności w sieci, lokalizacja każdego z nas w świecie rzeczywistym jest przydatna. Umożliwia dostatnie życie, lepsze usługi i poszerza nasze możliwości działania. Jednak tak raj może zaistnieć tylko i wyłącznie w przypadku – posiadania przez obywateli wolności słowa, anonimowości oraz nieskrępowanej ekspresji twórczej w świecie wirtualnym – w Internecie.

 
Taką piękną i niezwykle kreatywną przyszłość możemy sami sobie zapewnić uwalniając dane, umożliwiając dostęp do ważnych informacji każdemu. Zapewnimy lepszą przyszłość naszym dzieciom po prostu całkowicie legalizując piractwo czegokolwiek, promując do tego udostępnianie i rozpowszechnianie, wszelkich dóbr kultury, sztuki i technicznego know how.

 
Jeśli nic takiego się nie stanie, czeka nas straszna przyszłość. Możliwości śledzenia fizycznego przemieszczania się przedmiotów za pomocą technologii RFID, ciągłe monitorowanie naszego życia, rozmów, marzeń i preferencji przez sieci kamer, mikrofonów i boty internetowych logów – szybko oduczy naszą władzę jakiejkolwiek samokontroli i odpowiedzialności. To co mogło być dobre i piękne, to co mogło być rajem – stanie się piekłem i koszmarem.

 
Nie możemy do tego dopuścić.
Zapisane
JRWF
aktywista
*****
Wiadomości: 1291


« Odpowiedz #21 dnia: Marzec 31, 2010, 14:12:31 pm »

Panie ATW,
czy jest pan przeciwko ochronie jakiejkolwiek "własności inteletualnej" (rozumiem, że nie do końca zgadza się pan z tą nazwą, ale pozostańmy przy niej dla dogodności dyskusji)? Czy jest pan przeciwko ochronie patentami wszelkich wynalazków, czy tylko programów komputerowych, grafiki, muzyki?
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1234

« Odpowiedz #22 dnia: Marzec 31, 2010, 14:38:47 pm »

Ja się nad tym zastanawiam. Póki co przekonują mnie argumenty info-anarchistyczne. W patenty nie włażę może tak bardzo, gdyż mniej mnie dotyczą. Inna rzecz, że jednym dają one pieniądz, ale wielu innym opóźniają rozwój niechybnie.

Jak pisałem wcześniej: gdybym uznał, że WI jest istotnie taka, jak normalna własność, to uznałbym też, że nie wystarczy mi zgodność z babilońskim prawem III RP, tylko muszę być konsekwentny - nie pożyczać z bibliotek i od kolegów (bo autor nic z tego nie ma, a WI jest wchłaniana za darmo przez odbiorcę), nie xerować w bibliotekach, nie odsprzedawać oryginałów (mniej więcej podobnie), nie puszczać muzyki z youtube i wrzuty (albo może za każdym razem upewniać się - jak? - że to nie "piracki" download), nie emitować muzyki z własnego egzemplarza kolegom i znajomym, nie robić kopii zapasowych - i tak dalej. Bo skoro dzieło jest "autora" (jak rower), a skutki te same (lub mniej więcej te same)... no i byłaby lekka paranoja.
« Ostatnia zmiana: Marzec 31, 2010, 14:43:34 pm wysłana przez ATW » Zapisane
JRWF
aktywista
*****
Wiadomości: 1291


« Odpowiedz #23 dnia: Marzec 31, 2010, 14:55:42 pm »

Problem z patentami jest analogiczny jak z tekstami pisanymi, grafikami i muzyką. Właścicielowi patentu też niby nic nie ubędzie jak się skopiuje jego wynalazek. Nic poza wynagrodzeniem za pracę i czas włożone w jego opracowanie.

A czy patenty opóźniają postęp? Nie do końca. Skończyły się (prawie) czasy, w których innowację opracować można samodzielnie w garażu. Bardzo często nad nowymi "wynalazkami" pracują sztaby najwyższej klasy specjalistów. Kto i z jakiego powodu miałby motywację do ich zatrudnienia, gdyby nie istniała ochrona prawna ich dorobku i możliwość czerpania z tego zysku?

Pisze pan o konsekwentym podejściu. Skoro tak, to albo całkowita anarchia w tym względzie - brak jakiejkolwiek ochrony dorobku intelektualnego, albo konieczność akceptacji również praw autorskich we wszystkich dziedzinach. Ochrony oczywiście na rozsądnym poziomie.
No bo co jest winny autor książki lub muzyki, że Pan Bóg nie obdarzył go talentem technicznym, żeby zamiast pisaniny lub brzdękania opracowywać nowe technologie?
Zapisane
JRWF
aktywista
*****
Wiadomości: 1291


« Odpowiedz #24 dnia: Marzec 31, 2010, 14:58:59 pm »

Jak pisałem wcześniej: gdybym uznał, że WI jest istotnie taka, jak normalna własność, to uznałbym też
(...)
Bo skoro dzieło jest "autora" (jak rower), (...)

Może problem polega na niezbyt szczęśliwym określeniu "własność intelektualna"? Faktycznie, nie jest to typowa własność. Ale mówić o "patencie" na muzykę tez by było niewygodnie... ;)
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1234

« Odpowiedz #25 dnia: Marzec 31, 2010, 14:59:51 pm »

hahahahaha, z Forum Frondy:

W dawnej Bucharze mieszkał Hodża Nasredin, powiedzielibyśmy dziś - mediator. Trafił kiedyś na sytuację, gdy bogaty karczmarz trzymal za kołnierz jakiegoś biedaka i nim potrząsał domagając się pieniędzy. Chodziło o zapłatę za to, że biedak znalazł gdzieś kawałek chleba i przyszedł w pobliże karczmy, gdzie wąchając zapachy potraw zjadł ten chleb ze smakiem. Otóż Hodża zgodził się z karczmarzem i obiecał, że sam mu za to zapłaci. Po czym wyciągnął sakiewkę, potrząsnął, spytał - słyszałeś dzwięk monet? Słyszałem, powiada karczmarz. To była twoja zapłata - odrzekł Hodża.


Cytuj
albo konieczność akceptacji również praw autorskich we wszystkich dziedzinach. Ochrony oczywiście na rozsądnym poziomie.

Mmmm... no ale właśnie jeśli będziemy chcieli być konsekwentni i uznamy, że piosenka, wzór etc. NALEŻĄ do autora, to musimy zrezygnować z połowicznych rozwiązań typu "70 lat po zgonie autora" etc., albo "dopuszczalna kopia zapasowa" - i dopuścić kurioza typu "Mego dzieła nie wolno kopiować przez 300 lat po moim zgonie", albo "Włosi muszą MOJEJ piosenki słuchać wyłącznie z winylu, osoby rasy czarnej nie mają prawa posiadać jej w żadnej postaci, zaś obywatelom Wietnamu zezwalam na dowolne kopiowanie mp3" - i tak dalej. Albo: "Ogłaszam ten pomysł racjonalizatorski - ale zabraniam używania go w Luxemburgu i Pakistanie - albo w Warszawie i Suwałkach"...

Tak samo jak dopuszczamy kluby "tylko dla mężczyzn", albo przekazywanie rodowej pamiątki nie przez 50 czy 100 lat, ale nawet 8 wieków czy ileś tam ("już mój pra-pra-pra... jadł tą łyżką w czasie wypraw krzyżowych i jest ona MOJA/MEGO RODU").

"Rozsądne granice" oznaczają, że jednak nie mówimy twórcy: "Masz rację, to twoje i tylko twoje dzieło i możesz tą melodią, wzorem, wierszem dysponować jak chcesz, określając jak ci się podoba nośnik, odbiorców etc.", tylko mówimy: "Wiesz, to w sumie rzeczywiście nie jest taka normalna własność, trochę to złożone i jednak to nie jest tak, jak z rowerem, no ale z drugiej strony, heh, coś trzeba wymyślić na twoją korzyść, jakiś kompromis musi być...".


A tu o leko-patentach: ---> http://www.miasik.net/archive/category/infoanarchizm/page/31/

W 2004 roku firma Open Source Risk Management zleciła badanie dotyczące tego, jakie istniejące obecnie patenty amerykańskie narusza kernel wolnego systemu operacyjnego Linux. W rezultacie odkryto, że kernel obecnie narusza aż 283 patenty wydane przez amerykański Urząd Patentowy.
« Ostatnia zmiana: Marzec 31, 2010, 15:41:38 pm wysłana przez ATW » Zapisane
FidelisTraditioni
aktywista
*****
Wiadomości: 1059


Mój blog
« Odpowiedz #26 dnia: Kwiecień 01, 2010, 12:25:37 pm »

To czy ściąganie mp3 itp to grzech, czy nie?
Zapisane
"Nie może mieć Boga za Ojca ten, kto nie ma Kościoła za Matkę"
 
św. Cyprian
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1234

« Odpowiedz #27 dnia: Kwiecień 01, 2010, 21:10:56 pm »

Powiedzmy, że wedle mej wiedzy i tego, com pytał (świeckich i nie tylko) Kościół ex cathedra się nie wypowiedział, a sprawa jest nowa i nowatorska dość. Natomiast przeciw WI przemawia naprawdę wiele argumentów, nie tylko z gatunku "reductio ad absurdum". Poza tym można zapytać: czy gdyby ułożył Pan piosenkę, a ja bym ją podchwycił i też sobie śpiewał, to ma Pan prawo mi tego zabronić? Nucenia jej sobie czy gwizdania? A w sumie o takie rzeczy się toczą procesy... nie tylko o nagrania, ale o nuty, inspiracje etc.

Inna rzecz, że np. wielka część tego co ja mam w mp3, to rzeczy ciężko zdobywalne lub w ogóle już niezdobywalne na nośnikach (nakład wyprzedany), albo rzeczy z głębokiego podziemia, gdzie naprawdę puszcza się 50 czy 150 egz. dla zbieraczy, nikt natomiast się specjalnie nie rozlicza z forsy - albo w końcu rzeczy takie, które artyści sami puszczają w obieg.
Oczywiście - nie wszystko, ale me ne frego, vide serie argumentów, które tu przywołałem.

A to że ktoś się napracował etc. ...no, być może, ale nie powiedziałbym, że to jest decydujące. Nikogo nie poniżając (w żadnym razie...!), ale... "Wrrrr 20 lat kombinowałem, aż wymyśliłem koło... no i nie może być, żeby wszyscy teraz tak sobie bezkarnie jeździli - bo se podglądnęli jak ja jeżdżę!" - a sprawa ma głębszy wymiar, bo zakaz byłby (chyba) nawet gdyby sami to wymyślili, ale nie opatentowali jako pierwsi...

Natomiast cokolwiek byśmy w końcu nie wymyślili, to przynajmniej nie dajmy się zwieść psychomanipulacji, w rodzaju że kopiowanie = kradzież, która jest zwykłym zmienianiem znaczenia słów, albo że (rzekome i niejasne) "zabieranie" (rzekomych i niejasnych) "zysków" = kradzież, albo że to wszystko w najgłębszym interesie artystów etc. Przynajmniej trochę logiki by wypadało i uporządkowania terminologii.

I jeszcze odnośnie "reductio ad absurdum" - to tutaj to wcale nie takie absurdum, to być może istotnie śfjat za kilkanaście lat ("ciemny wiek kopyrajtów"?) ---> http://www.gnu.org/philosophy/right-to-read.pl.html (Richard Stallman - "PRAWO DO CZYTANIA").


dobry tekst tu: http://liberalis.pl/2009/02/18/krzysztof-sledzinski-wlasnosc-intelektualna-to-kradziez/
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 02, 2010, 22:10:54 pm wysłana przez ATW » Zapisane
tolep
adept
*
Wiadomości: 8


Sympatyk internetu i produktów akcyzowych ;-)

tolep.info
« Odpowiedz #28 dnia: Kwiecień 07, 2010, 10:52:36 am »

Dorzucę parę rzeczy.

1. Dzieło zdigitalizowane jest, jak nazwa sama wskazuje, liczbą. To samo dotyczy informacji. Liczba nie ma właściciela. Nikt nie może decydować, co zrobię z liczbą.
2. Informacja nie ma właściciela, ma tylko autora i posiadacza.

Teraz parę uwag praktycznych.
3. Nic mnie nie obchodzi, ze artyści chcą czerpać dochód z nagrań, reprodukcji etc. swoich dzieł. Ten model biznesowy się ostatnio nie sprawdza i tyle. Radzę wrócić do sprawdzonych modeli biznesowych, albo szukać dochodów gdzie indziej. Grupa artystów występująca pod nazwą "Lady Pank" osiąga większy dochód z tygodnia koncertów, niż z wydania każdej z co najmniej kilku ostatnich płyt.
4. Podział na użytek "komercyjny" i "niekomercyjny" nie ma sensu. Czy napisane w MS Office Home&Student CV będące częścią aplikacji na ćwierćetatowego informatyka w średniej firmie jest komercyjne? A co, jeśli formą współpracy nie będzie ćwierćetat, tylko cywilnoprawna umowa-zlecenie?

Zapisane
Jeśli w Nowy Rok pogoda, będą żniwa w lipcu bieżącego roku w województwie skierniewickim.
JRWF
aktywista
*****
Wiadomości: 1291


« Odpowiedz #29 dnia: Kwiecień 07, 2010, 11:26:27 am »


1. Dzieło zdigitalizowane jest, jak nazwa sama wskazuje, liczbą. To samo dotyczy informacji. Liczba nie ma właściciela. Nikt nie może decydować, co zrobię z liczbą.


Według mnie chybiony argument.
Zdigitalizować można praktycznie każdą informację, nie tylko dzieło literackie czy muzyczne. Dokumentację każdego wynalazku zapisuje się obecnie w komnputerze. Czy wynalazca np. nowego typu silnika, pojazdu, czy jakikolwiek inny inżynier nie ma według pana prawa go opatentować, tylko dlatego, że zapisał swój wynalazek w formie cyfrowej? Zeskanował rysunek techniczny, więc każdy juz ma prawo go dowolnie kopiować?
Zapisane
Strony: 1 [2] 3 4 ... 6 Drukuj 
Forum Krzyż  |  Disputatio  |  Sprawy ogólne  |  Wątek: Własność intelektualna, infoanarchizm etc. « poprzedni następny »
 

Działa na MySQL Działa na PHP SMF 2.0.11 | SMF © 2014, Simple Machines Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!