Forum Krzyż
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Styczeń 20, 2022, 18:21:21 pm

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukaj:     Szukanie zaawansowane
www.UnaCum.pl

Centrum Informacyjne Ruchu Summorum Pontificum
226128 wiadomości w 6524 wątkach, wysłana przez 1637 użytkowników
Najnowszy użytkownik: Carrot
Strona główna Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja
Forum Krzyż  |  Disputatio  |  Sprawy ogólne  |  Wątek: Tomasz Merton
« poprzedni następny »
Strony: [1] 2 Drukuj
Autor Wątek: Tomasz Merton  (Przeczytany 2941 razy)
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1283

« dnia: Styczeń 13, 2010, 21:54:41 pm »

Tomasz Merton.
Co sądzicie Państwo o tym trapiście?
Czy idzie za nim sterotyp, że niedobry moderniusz i ekumeniusz?
Poniekąd taki perennialista, zresztą ponoć znał się z Marco Pallisem z kręgu "szkoły tradycyjnej".
Ja na razie sobie wstępnie coś tam poprzeglądałem z jego książek, bardzo wstępnie i jakieś luźne artykuły o nim. Warto się zapoznawać? Z czymś konkretnie?
« Ostatnia zmiana: Styczeń 13, 2010, 21:56:41 pm wysłana przez ATW » Zapisane
Fidelis
Gość
« Odpowiedz #1 dnia: Styczeń 13, 2010, 22:20:28 pm »

Valde contentus  sum, że podjął pan ten wątek.

Jego "Siedmiopiętrowa góra", którą jeszcze w angielskim oryginale "The Seven Storey Mountain" przed ukazaniem sie polskiego tłumaczenia przeczytałem bardzo mi pomogła w okresie zagubienia i otarcia się o utratę wiary. Inne jego rzeczy już działały na mnie mniej.
Wybaczam mu wszelkie modernistyczne ciągotki, których teraz z racji upływu czasu nie ustalę, ale..... Tomasz Merton z jego wymieniona pozycją zajmuje zaszczytne miejsce na półce mojej biblioteki. Zbieram nawet jego tłumaczenia. Jednak Francuzi z  "The Seven Storey Mountain" zrobili "La nuit privee d'etoiles".
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1283

« Odpowiedz #2 dnia: Lipiec 31, 2017, 17:06:55 pm »

Przeczytałem "Siedmiopiętrową górę" przez te lata (no, prawie całą), teraz czytam "Szukając Boga". Bardzo to poczciwie. Opinia "modernisty" niezasłużona, przeciwnie: swoją krytyką nowoczesności, pseudofilozofii, pseudo-mistycyzmów (dziś powiedzielibyśmy "new age") wpisuje się... bo ja wiem, w taki anglosaski, katolicki styl Chestertona czy bp Sheena - trochę mistyczny, zarazem trzeźwy, rozumowy, czasem operujący paradoksami i ciekawymi puentami. Zainteresował się myślą Wschodu, ale to nic strasznego samo w sobie; zresztą wydaje się, że znał jej ograniczenia i nie przedkładał jej ponad chrystianizm, ani też nie ustawiał jej jako równoważnej chrześcijaństwu, w każdym razie nie na etapie tej pozycji "Szukając Boga".
Zapisane
Anna M
aktywista
*****
Wiadomości: 7348

« Odpowiedz #3 dnia: Lipiec 31, 2017, 19:12:50 pm »

"Siedmiopiętrowa góra" - to autobiografia Mertona, która  ukazała się w 1948 roku, o poszukiwaniu wiary i pokoju, który przeszedł drogę od agnostycyzmu, a jego droga wcale nie była taka prosta i sielankowa. Droga życiowa, zawiła i burzliwa, od wczesnego dzieciństwa aż do wstąpienia do trapistów.  Jego poszukiwania, przemyślenia ... na pewno jest to ciekawa pozycja, te jego wspomnienia.

Ale takie pozycje: "Mistycy i mistrzowie Zen, Zen i ptaki żądzy, Droga Chuang Tzu, Dziennik Azjatycki, Myśli o Wschodzie" - książki te są dowodem na to, że Merton przez długie lata był zafascynowany duchowością wschodnią. Jako pierwszy dążył do ekumenizmu z buddyzmem i hinduizmem. Szukał różnych dróg, które miałyby to ułatwić, jego książki na temat zen i filozofii wschodnich są na to dowodem. Merton był człowiekiem żyjącym w erze soborowej odnowy Kościoła. Na życie zakonne spoglądał w świetle wskazań soboru i potrzeby odnowy. Był trzeźwym świadkiem kryzysu monastycznego. Sam się przyczynił poprzez swoje pisma.

Pani Maria Kominek OPS (już śp.) w artykule Medytacja (ale jaka?) pisała:

"Zaniepokoiło mnie wszystko, co dzieje się wokół przyjazdu ks. Carla Arico, wiceprzewodniczącego i współzałożyciela organizacji Contemplative Outreach. Wybrał się on do Polski celem propagowania tzw. modlitwy głębi. W tym celu zorganizowano specjalną czterodniową sesję w programie której mają się znaleźć katechezy, adoracja, filmy i spotkania ze świadkami wiary i wspólne praktykowanie modlitwy kontemplacyjnej. Organizatorzy spotkania się spodziewają, że trwałym owocem sesji w Warszawie będą grupy modlitwy kontemplacyjnej, skupiające osoby nią zainteresowane. Informacja ta pojawiła na wielu stronach internetowych bez żadnych wyjaśnień na czym polega ta modlitwa głębi i wspólna kontemplacja. Jedyna wskazówka to ta, że wspomniana organizacja zajmuje się pielęgnowaniem i propagowaniem duchowej spuścizny trapistów: Thomasa Mertona oraz Thomasa Keatinga. Nie bardzo wiadomo dlaczego „duchowa spuścizna Kaetinga”, jeśli on jeszcze żyje i póki żyje może zmienić poglądy, ale co do spuścizny Mertona nie ma wątpliwości. Więc może zacząć od tej spuścizny.

Thomas Merton
Postać Thomasa Mertona (1915 – 1968) jest raczej ogólnie znana. Pisarz i poeta, nawrócony na katolicyzm, wstąpił do trapistów, pozostawił po sobie wiele książek. Wiadomo też, że fascynował się mistyką wschodnia i był pod jej wpływem. Niektórzy współcześni teologowie i duchowni często wyrażają się o nim jako o „mistyku”, wielkim mistrzu duchowym.

Kim był naprawdę Merton? Na pewno nie był on mistykiem w sensie katolickim. Praktykował (to jest właściwe słowo, bo chodziło mu o praktyki wschodnie i nie posiadał kontemplacji wlanej, charakterystycznej dla prawdziwych chrześcijańskich mistyków), praktykował z zapałem wszelkie metody medytacji i pseudomistyki, typowe dla Azjatyckiego Wschodu. Zachwycony nade wszystkim buddyzmem i jego odmiana zen, interesował się również taoizmem i innymi prądami myśli wschodniej, spotykał się z mnichami buddyjskimi, z którymi jak sam mówił rozumiał się całkowicie na naprawdę głębokim poziomie. Rozpoznawaliśmy w sobie pewną głębię duchowego doświadczenia i to jest pewne. Miałem wrażenie, że na tym poziomie buddyści mają większe doświadczenie niż kontemplatycy katoliccy.

Merton mimo nawrócenia, zasadniczo nie stał się wierzącym katolikiem. Wydaje się, że katolicyzm był jakimś etapem na jego osobistej drodze. Ciągle szukał swego miejsca, można by rzec – swego boga. Prowadziło go to do Azji, do lamów i do świeckich mistrzów buddyjskich. Zanotował w swoich dziennikach, że jedzie do Azji z chrześcijańskimi mantrami i z wielkim przeświadczeniem, że po latach oczekiwania, poszukiwań i kręcenia się w kółko - jest wreszcie na właściwej drodze. Pamiętajmy jednak, że wyjechał jako mnich trapista, który w życiu zakonnym nie odnalazł obiektu swego poszukiwania. W Azji spotkał się z Dalaj Lamą, który wyłożył mu zasady dzoghen, wyjaśnił cztery szlachetne prawdy buddyjskie, pouczył o istocie pustki i bodhicitty, pouczył go o filozoficznych celach i wynikach praktyki tantryzmu.

Jednak na długo przed wyjazdem do Azji Merton poszukiwał mądrości u różnych guru. Jednym z nich był Daisetz Teitaro Suzuki, japoński mistrz i propagator zen w Stanach Zjednoczonych. Oto słowa Mertona: Pisze do Pana człowiek, który bardzo podziwia zen i jest nim zainteresowany. Gdybym nie mógł oddychać zenem - prawdopodobnie duchowo bym się udusił. Merton wielokrotnie wyrażał się z największym podziwem : Suzuki domieszał drożdży intuicji zenistycznej do pęczniejącego już zaczynu myśli zachodniej poprzez swe kontakty z psychoanalizą, filozofią i myślą religijną. (sic!)

Były jezuita St. Obirek mówił o Mertonie (Tyg. Powszechny, 29.12.2002): Tak naprawdę piwo było dla Mertona tylko pretekstem do nawiązywania kontaktów z ludźmi. Niekiedy wyrzucał sobie, że za dużo wypił czy zjadł, ale w istocie ogarnięty był jedną pasją – Bogiem. Można nawet powiedzieć, że był pijany Bogiem, pragnął Go ujrzeć za wszelką cenę. To pragnienie zostało zaspokojone w zetknięciu ze skalnym wizerunkiem Buddy. Dodajmy, że to słynne „spotkanie” miało miejsce w czasie podróży Mertona do Bangkoku, gdzie w hotelu miał zginąć rażony prądem elektrycznym.

Dziwny to koniec życia „mistyka”. A właściwie dziwny byłby dla prawdziwego katolickiego mistyka, znane są przecież ostatnie chwile życia tylu wielkich świętych, którzy umierając byli świadomi bliskości spotkania z Chrystusem.

Gdy znaleziono ciało Mertona, było ono w znacznej mierze spalone, ale podobno jego twarz wyrażała głęboki spokój. A dla Tybetańczyków, których on tak podziwiał, wyładowanie elektryczne, które następuje w czasie uderzenia piorunu lub błyskawicy - to symbol spełnionego „ostatecznego oświecenia”. Nie wiemy czy Merton dostąpił swego buddyjskiego oświecenia. Wiemy jednak, że „spuścizna, która nam zostawił” nie jest katolicka, a bóg, czy raczej bożek, którego znalazł w postaci skalnego posągu Buddy nie jest Bogiem. Miał drogę do Boga, prostą i jasną, miał możliwość iść tą Drogą, jedyną Drogą, którą jest Chrystus, ale z tej Drogi zboczył. Zboczył na bezdroża. "

(...)

http://www.krajski.com.pl/736mkmedytacja.html
« Ostatnia zmiana: Lipiec 31, 2017, 20:16:36 pm wysłana przez Anna M » Zapisane
Anna M
aktywista
*****
Wiadomości: 7348

« Odpowiedz #4 dnia: Lipiec 31, 2017, 19:35:38 pm »

Poniżej ciekawy artykulik z 2008 r. (po angielsku, Pan sobie poradzi) i kilka zdjęć. Jak to ci trapiści zostali zainfekowani:

http://www.traditioninaction.org/RevolutionPhotos/A259rcGethsemani.html
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1283

« Odpowiedz #5 dnia: Lipiec 31, 2017, 20:17:26 pm »

Być może to kwestia etapów w życiu Mertona? Na przykład Merton z "Siedmiopiętrowej góry" prawie nic nie wspomina o duchowości Wschodu (o ile pamiętam). Jest tam jedynie fragment o hinduistycznym 'misjonarzu' czy też 'duchownym', który zachęcił Mertona do studiowania... dzieł katolickich (bodajże Augustyna, ale mogę się mylić). Ba, książka jest nawet mocno "przedsoborowa", jeśli chodzi o (negatywny) stosunek Mertona do nowoczesności, pop-kultury, liberalizmu, rozkładu moralnego w społeczeństwie itd. O ile "przedsoborowość" to coś, co da się faktycznie wyróżnić i o ile to dla kogoś jest istotne kryterium (na tym forum pewnie tak).

Książek Mertona o Wschodzie jeszcze nie czytałem, a jedynie coś-tam przeglądałem; w przedmowie do jednej z nich napisano, że on w gruncie rzeczy mało wiedział o Wschodzie, prawdopodobnie nawet nie czytał zbytnio samych prac wschodnich (tj. dzieł buddyjskich, hinduskich, taoistycznych), a bazował jedynie na informacjach z drugiej i trzeciej ręki oraz na swoich wyobrażeniach. Może i tak było. Niemniej te fragmenty z "Szukania Boga" są zupełnie legitne:

Prawda ta [że "nic nowego pod słońcem", w ślad za Księgą Koheleta], podobna do wschodniego pojęcia karma, równie jak ona tragicznego, zawiera w sobie tę jedną wielką zagadkę pogaństwa. Tylko Chrystus, tylko Wcielenie, przez które Bóg wynurzył się z wieczności, aby wejść w czas i poświęcić go dla siebie, mogło uratować czas od nieskończonego krążenia w błędnym kole rozczarowań. Tylko chrześcijaństwie może, jak mówi św. Paweł, "odkupić czasy". Inne religie mogą wyłamać się z koła czasu jak z więzienia; ale z samym czasem nic nie mogą zrobić.

(...)

Niektóre strony w dziełach św. Grzegorza z Nyssy, a także św. Jana od Krzyża można umieścić w kontekście filozofii systemu zen buddyzmu z jogi Patanjaliego [dziwne określenia: "filozofia systemu zen buddyzmu z jogi", ale tak jest napisane; być może to jakieś nieporozumienie tłumaczeniowe; buddyzm, w szczególności zen, nie jest jakimś odłamem jogi czy jego prostą kontynuacją; być może w miejscu "z" przed "jogi" powinno być po prostu "oraz"]. Trzeba jednak pamiętać, że gdy mistyk chrześcijański mówi o świecie stworzonym jako iluzji i nicości, używa tylko figury poetyckiej. Słów tych nie można brać dosłownie, nie są one ontologiczne. Metafizycznie świat jest rzeczywisty.

(...)

Na marginesie dodam, że w swych szczegółach mistyka Wschodu nie ma więcej wspólnego z kwietyzmem Molinosa niż mistyka św. Jana od Krzyża. Błędem jest twierdzić, że joga dąży do wchłonięcia przez Absolut przez samo rozluźnienie umysłu i wstrzymanie aktywności. Techniki i sposoby medytacji są o wiele bardziej pracochłonne na Wschodzie, niż to się może wydawać zachodnim adeptom jogi. Wschodni mistyk nie jest bardziej obojętny wobec wiedzy konceptualnej niż jego chrześcijański odpowiednik. Boskie "objawienie" istnieje we wschodniej mistyce, a "wiedza" jest kamieniem węgielnym w jodze. Wschodni mistycyzm jest bardziej spekulatywny i bardziej intelektualny niż na Zachodzie i to jest jego słabość. Jest on zbyt intelektualny. Zbytnio zależy on od działania ludzkiego umysłu i ludzkich technik, zostawia za mało miejsca dla miłości i ma tylko wahającą się i niepewną wiedzę o wielkim dziele łaski Bożej w modlitwie mistycznej.

(Thomas Merton - "Szukanie Boga")

Nawiasem mówiąc, o innych religiach należy mówić prawdę. A to znaczy, że nie jest tak, iż najwyżej należy punktować tych autorów, którzy są najbardziej wrodzy i nieufni innym religiom, tudzież najsurowiej je oceniają i najzacieklej atakują. To jest, swoją drogą, pewien paradoks środowisk tradsowskich: z jednej strony wierzy się, w ślad za nauczaniem Kościoła, że człowiek jest w stanie - mocą obserwacji świata, rozumowej refleksji, intuicji intelektualnej oraz uczuć - odkryć całkiem dużą część metafizycznej prawdy na temat istnienia i przymiotów Boga tudzież zależności pomiędzy światem a Bogiem, człowiekiem a Bogiem itd. - - - a z drugiej, gdy tylko ktoś przyjdzie i powie "No właśnie, znalazłem takie-a-takie prawilne rzeczy u sufickich muzułmanów, w wedancie Siankary, u Buddy oraz u dzikusów z Australii; a więc jednak!", to zaczyna się negowanie i szukanie wszelkich możliwych uzasadnień, dla których "nie, nie i jeszcze raz nie, to niemożliwe, to pozory, to bzdury, a w najlepszym razie diabelskie gierki, świecidełka w szambie, trzeciorzędne banały" itd. Czyli niby człowiek dużo może wykombinować, ale jak tylko spróbował gdzieś w Persji, Peru czy Chinach, to będziemy się upierać, że jednak nie. No chyba że filozofowie greccy (niektórzy) - bo tych już "ochrzcili" za nas Ojcowie Kościoła oraz tomiści; więc wydają się nam "nasi", choć tak naprawdę w punkcie wyjścia podlegają tym samym kryteriom co ten biedny książę Gautama Sakjamuni czy jakiś Zaratusztra. 

Ale przecież im bardziej owe szeroko pojęte "inne religie" są bliskie chrześcijaństwu, im bardziej dzielą z nim pewne prawdy - tym LEPIEJ dla chrześcijaństwa (chyba że dla kogoś kryterium prawdziwości naszej religii stanowi "oryginalność", ale takie podejście nie jest ani rozsądne, ani głębokie). Primo, mają bliżej do pełni Prawdy; secundo, pokazuje to, że koncepcje chrześcijańskie nie są czymś dziwacznym i nienaturalnym, ale wpisują się (w dużym stopniu) w uniwersalne pojęcia.

Co do SV II: no cóż, zapewne dla osób zainteresowanych Wschodem i ogólnie religioznawstwem oraz mających w miarę przychylne podejście do innych religii (w sensie takim jak opisany powyżej, czyli np. rozstrzygania zarzutów na korzyść podejrzanego) SV II wydawał się niejakim powiewem czegoś dobrego. Żeby było śmieszniej, to byli często dość uduchowieni ludzie - Merton, Bede Griffiths, Henri le Saux (Abhishiktananda) - dalecy od miazmatów taniego new-age'u; i chyba wyobrażali sobie, że reformy SV II przyniosą jakieś nowe, głębokie, a zarazem świadome i dobrowolne "wielkie uduchowienie". Oczywiście mylili się; no cóż, był w tym pewnie rys takiego pięknoduchostwa, również u Mertona.

Oczywiście można też było być człowiekiem (katolikiem) zainteresowanym innymi religiami i religią oraz religijnością jako taką, a jednocześnie przyjąć postawę krytyczną wobec reform. No, mógłbym tu po raz setny przypomnieć dr R. Coomaraswamy, który zresztą był po prostu perennialistą. Czy Jean Hani, Jean Borella etc.

Co do trapistów: synkretyzm nigdy nie jest dobry; chyba że oznacza pobłogosławienie przez autorytet Kościoła rzeczy uprzednio zbadanych, przesianych i prawilnych.

Cytuj
Merton mimo nawrócenia, zasadniczo nie stał się wierzącym katolikiem.

Nie no, bez przesady. Sądzę, że przynajmniej na pewien czas się stał, jak najbardziej. Jeśli ktoś nie wie o jego (późniejszej, w gruncie rzeczy) fascynacji zen, Indiami czy taoizmem, to prawdopodobnie w ogóle nie zauważyłby, czytając "Szukanie Boga" czy tym bardziej "Górę", że chłop miał takie czy owakie 'niepewne punkty'.

***

Natomiast "wróżenie z tego, jak mu się zmarło" jest trochę niesmaczne. Tysiące uczciwych, pobożnych katolików umiera nagle - w różnych wypadkach, na wojnach, od chorób czy jakkolwiek. Podejrzewam nawet, że nie wszyscy święci mieli tyle szczęścia, by umrzeć "w komfortowych warunkach" (nawet jeśli mówimy o "komforcie" finalnego wyznania grzechów, wyznania wiary itd.). Poza tym nikt chyba nie twierdzi, że Merton był jakimś nowym świętym czy mistykiem. Ot, ciekawy autor religijny.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 31, 2017, 20:34:11 pm wysłana przez Adimad » Zapisane
Anna M
aktywista
*****
Wiadomości: 7348

« Odpowiedz #6 dnia: Lipiec 31, 2017, 21:34:43 pm »

Ja osobiście nie rozczytuję się w książkach Mertona, ale "Siedmiopiętrowa góra" to była ta pierwsza, do napisania której zachęcił Mertona przeor klasztoru i co to jest, powyżej napisałam i sam Merton jeszcze nie był  tak skażony kultami Wschodu.

Czytając niektóre fragmenty z "Siedmiopiętrowej góry" to można powiedzieć, ze tak wprost za serce chwytają, np. dwa fragmenty:

„W chwili chrztu gdybym tylko zdał sobie z tego sprawę, prawdziwe życie mistyczne, życie łaski uświęcającej, teologicznych cnót wlanych i darów Ducha Świętego otwarło się przede mną w całej swojej pełni: trzeba mi było tylko wyjść i wziąć je, a byłbym wkrótce uczynił postępy w modlitwie. Nie zrobiłem jednak tego. Nie wiedziałem w ogóle, czym jest zwykła modlitwa myślna, a byłem przecież zdolny do uprawiania jej od samego początku. Co gorsza, upłynęło cztery lub pięć miesięcy, zanim nauczyłem się porządnie odmawiać różaniec, chociaż go posiadałem i mówiłem czasem na jego paciorkach Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, nie wiedząc, że to chodzi jeszcze o coś innego”

Kilka stron dalej:

„Tego pierwszego roku jednym z wielkich błędów mojego życia wewnętrznego był brak nabożeństwa do Matki Bożej. Wierzyłem w prawdy, które Kościół o Niej głosi, mówiłem Zdrowaś Maryjo przy pacierzu, ale to nie dosyć. Ludzie nie zdają sobie sprawy z olbrzymiej mocy Najświętszej Panny. Nie wiedzą, kim Ona jest ani że wszystkie łaski przechodzą przez Jej ręce, ponieważ Bóg chciał, żeby w ten sposób uczestniczyła w Jego dziele zbawienia ludzi”


Na jednej ze stron doczytałam, że religie i duchowość Wschodu ciekawiły go od czasów studiów, a w Gethsemani w szczególny sposób zainteresował się buddyzmem zen -  czyli jest to kolejny etap w jego życiu.

Zapisane
Anna M
aktywista
*****
Wiadomości: 7348

« Odpowiedz #7 dnia: Lipiec 31, 2017, 21:49:08 pm »

Pewien tekst o Mertonie tu:

https://www.gloria.tv/article/XSqWMMR8M4d22czmY2L2igMwn

... na końcu artykułu podane wiele linków, nie do polskich stron.
Zapisane
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1283

« Odpowiedz #8 dnia: Lipiec 31, 2017, 21:59:10 pm »

Poniekąd odwrotną drogę przebył Seraphim Rose. To znaczy, zaczynali podobnie; u Rose'a to był Nietzsche, nihilizm, środowisko beatników. Ale z buddyzmem zetknął się właśnie wtedy, m.in. poprzez Alana Wattsa. Następnie czytał Guenona, co trochę go oczyściło i naprostowało, no a potem to już odnalazł się w prawosławiu i tam pozostał bez żadnych dalszych zakrętów.

BTW, ten linkowany tekst znam; miałem nawet nadzieję, że nikt go nie przywoła  8) To z dość nieszczęsnego bloga, który w swoim czasie niepotrzebnie czytywałem; kojarzy mi się z nonszalanckimi sformułowaniami typu "w sumie to się nie znamy, bo jeszcze nie czytaliśmy, ale tak na oko, to wydaje się, że..." - i ten tekst o Mertonie jest mniej więcej w tym stylu. Plus oczywiście wróżenie z fusów, tj. z "wyglądu", "aparycji", "zgonu Mertona" oraz z "wrażeń", jakie ma autor strony. Później zresztą ten blog wyspecjalizował się w takich dziwacznych rzeczach, jak np. ocenianie opactw w Fontgombault i Le Barroux na podstawie aparycji, gestów i chodu tamtejszych mnichów; albo pomiary "łaskonośności" mszy w F i L_B. Że nie wspomnę o sławetnych tekstach nt. FSSPX i sedeków, gdzie również stosowano argumentację z cyklu "w sumie to jakiejś statystyki nie prowadziliśmy, ale znaliśmy paru lefebrystów i zdradzali objawy dręczenia przez złego ducha". Wszystko to - oraz o wiele więcej, np. sugerowano, iż Franciszek nocami wymyka się z Watykanu, aby sodomizować młodych, rzymskich 'lujów' - było zawsze podane bardzo autorytatywnym tonem, na zasadzie: "no co, znamy prawdę, to czemu mamy się krygować?".

Na szczęście blog ten zamknął swe podwoje, tzn. dostęp jest dla tych, co chcą nań łożyć finansowo.

Cytuj
Rzeczywistość Boża w przeciwieństwie do serialowej jednak istnieje naprawdę i droga mistyczna dla niektórych również. Ale jedynym bezpiecznym i sprawdzonym językiem, którym jako tako można tę rzeczywistość opisać, jest suchy język scholastycznej teologii, który stosuje św. Jan od Krzyża, sam przecież mistyk, czy w ostatnich czasach Adolphe Tanquerey.

Na pewno. Czyli przed Janem od Krzyża wszyscy do kosza? Na przykład mistycy Wschodu (w sensie: wschodniej gałęzi chrześcijaństwa). Albo Eckhart, Lull, Ruysbroeck. Ech... Ale co jest najzabawniejsze, to fakt, że tezę taką jak powyżej cytowana, stawia - no, nie aż tak ostro i bezdyskusyjnie - sam Merton w swoim "Szukać Boga". Jeśli ktoś bardzo chcę, to mogę zacytować; w każdym razie Merton "propsuje" tam (że użyję młodzieżowego slangu) zastosowanie rozumu w mistyce, przejrzystość języka Jana od Krzyża, jego ścisłość wywodu, tomistyczne korzenie i tak dalej.

No cóż, na podorędziu mam też książkę Griffithsa czy o Griffithsie. Ciekawe, czy okaże się, że jego "gęba" jest równie niezasłużona jak ta, którą się przyprawia Mertonowi.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 31, 2017, 22:11:55 pm wysłana przez Adimad » Zapisane
Regiomontanus
aktywista
*****
Wiadomości: 3361


« Odpowiedz #9 dnia: Sierpień 01, 2017, 16:38:58 pm »

To jest, swoją drogą, pewien paradoks środowisk tradsowskich: z jednej strony wierzy się, w ślad za nauczaniem Kościoła, że człowiek jest w stanie - mocą obserwacji świata, rozumowej refleksji, intuicji intelektualnej oraz uczuć - odkryć całkiem dużą część metafizycznej prawdy na temat istnienia i przymiotów Boga tudzież zależności pomiędzy światem a Bogiem, człowiekiem a Bogiem itd. - - - a z drugiej, gdy tylko ktoś przyjdzie i powie "No właśnie, znalazłem takie-a-takie prawilne rzeczy u sufickich muzułmanów, w wedancie Siankary, u Buddy oraz u dzikusów z Australii; a więc jednak!", to zaczyna się negowanie i szukanie wszelkich możliwych uzasadnień, dla których "nie, nie i jeszcze raz nie, to niemożliwe, to pozory, to bzdury, a w najlepszym razie diabelskie gierki, świecidełka w szambie, trzeciorzędne banały" itd.

Proszę się nie dziwić, to taka naturalna reakcja obronna. Mnie się zawsze zapala w głowie czerwone światełko, gdy tylko spotkam kogoś zafascynowanego religiami wschodu czy buddyzmem. W większości przypadków takie zainteresowania prowadzą bowiem do utraty lub osłabienia wiary (tak przynajmniej  się stało z ludźmi, których znałem).

Owszem, można się upierać, że znajomość "takich-a-takich prawilnych rzeczy u sufickich muzułmanów, w wedancie Siankary, u Buddy oraz u dzikusów z Australii" może być w jakimś tam stopniu pożyteczna dla ludzi dojrzałej i głębokiej wiary, albo dla tych, którzy "poszukują własnej drogi do Boga". Ale czy zna Pan jakieś przekonywujące przykłady? Bo to, że Seraphim Rose dzieki taoizmowi z heretyka i ateisty stał się schizmatykiem  jest, jak przypuszczam,  raczej mało inspirujące dla czytelników FK  :)
Zapisane
Certe, adveniente die judicii, non quaeretur a nobis quid legerimus, sed quid fecerimus.
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1283

« Odpowiedz #10 dnia: Sierpień 01, 2017, 22:24:40 pm »

Cytuj
W większości przypadków takie zainteresowania prowadzą bowiem do utraty lub osłabienia wiary (tak przynajmniej  się stało z ludźmi, których znałem).

Bardzo możliwe, ale podobnie może działać - i nierzadko działa - kurs post-chrześcijańskiej czy anty-chrześcijańskiej filozofii zachodniej (wraz z psychologią itd.). Ludziom odpala więc także od Hegla, Marksa, Feuerbacha czy Sartre'a, tylko to nie jest tak spektakularne jak orientalne religie przepuszczone przez New Age.
Zapisane
Regiomontanus
aktywista
*****
Wiadomości: 3361


« Odpowiedz #11 dnia: Sierpień 02, 2017, 20:22:54 pm »

Ludziom odpala więc także od Hegla, Marksa, Feuerbacha czy Sartre'a, tylko to nie jest tak spektakularne jak orientalne religie przepuszczone przez New Age.

Bez wątpienia, sam za czasów studenckich czytywałem Feuerbacha i dobrze to wówczas na mnie nie wpłynęło...

Dlatego tak bardzo pożyteczny był niegdyś Index. Szkoda, że nie może już wrócić.   8)
Zapisane
Certe, adveniente die judicii, non quaeretur a nobis quid legerimus, sed quid fecerimus.
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1283

« Odpowiedz #12 dnia: Sierpień 02, 2017, 20:52:59 pm »

Można sobie narzucić ;-) Albo trzymać się tego starego, co jednak skończyłoby się pewnie tym, że pozwalamy sobie na wiele, a jednocześnie nie zaglądamy do tego przeklętego Balzaca i Kartezjusza. BTW zawsze bawili mnie różni konserwo-reakcyjno-prawaccy młodzi koledzy, którzy lubowali się w wizjach przyszłej cenzury, hierarchizacji społeczeństwa (w tym dostępu do informacji), ale sami nigdy nie odmawiali sobie czytania tego, co im wpadło w ręce. Niektórzy są już po stronie Żiżka, powiedzmy ;-)

To jest, swoją drogą, trochę tak jak z tymi sławetnymi "zagrożeniami duchowymi". Na przykład literatura science-fiction siłą rzeczy jest pełna różnych "zagrożeniowych" rzeczy (vide np. new-age'yzm Arthura C. Clarke'a, pierwszy z brzegu przykład), to samo dotyczy też dużej części literatury w ogóle, z "wielkimi klasykami" włącznie - a obrywa się zwykle tylko rockmanom czy jakimś chłopaczkom pędzącym muzykę dark ambient w piwnicy. Bo to bardziej spektakularne i łatwiej wskazać palcem. Trochę podobnie tutaj: obrywa Budda, a nie jacyś fenomenologowie czy egzystencjaliści.

Swoją drogą, co do Wschodu: jak się człowiek zagłębi w temat, to widzi, że nie ma czegoś takiego jak "jeden hinduizm". Pomijając ewolucję historyczną, od wedyzmu po 'hinduizm', to jeszcze jest masa płaszczyzn (rytuał, mit, filozofia, praktyka psycho-fizyczno-duchowa) i masa poglądów. Dziewięć dowodów na istnienie Boga w ujęciu logicznego systemu niaja / wajszeszika to materiał, który mógłby podchwycić nasz Tomasz, na ten przykład. A znowu masa innych rzeczy zupełnie od tego odbiega.

Buddyzm jawi się tu trochę jako regresywny - bo jednak od koncepcji istnienia Boga, i to Boga osobowego (choć raczej wyłaniającego się z brahmana czy Gottheit, jak napisałby Eckhart) przechodzi do smutnego braku zainteresowania tym wątkiem i wizji samozbawienia. Może zresztą rzeczywiście jest w tym coś lucyferycznego...? I to nie dlatego, że tybetańscy mnisi dzwonią i kadzą nad jakimiś bożkami, to jest akurat małe piwko ryżowe; ważniejszy jest fakt, że - jak pisał wprost choćby Masao Abe, którego w tym czy innym wątku cytowałem - zen żąda wolności absolutnej, także od Boga. Ostateczna rzeczywistość jest tu i teraz, w nas.

To jest ciekawe i właśnie smutne: w jednej z buddyjskich opowieści czy też koncepcji okazuje się, że 'po drugiej stronie' oceanu sunjaty, tj. na brzegu nirwany, wszystko jest dokładnie takie samo, jak na brzegu, z którego wyruszyliśmy. Co najwyżej patrzymy na to inaczej. Chrześcijanin wykonuje, można rzec, obrót o 180 stopni - od siebie do Boga. Buddysta - przynajmniej jeśli wierzyć tej idei, a kolportują ją wszak sami buddyści - omija Boga i wraca do punktu wyjścia. Nic dziwnego, że konstatuje przez to nietrwałość i przypadkowość zjawisk, a ta konstatacja jest dlań oświeceniem. Pewnie te 360 stopni to lepszy punkt wyjścia niż nic, ale to jest właśnie rzecz, o której mówił Karol Wojtyła: medytacja Jana od Krzyża (na przykład) zaczyna się tam, gdzie buddyjska już się kończy.

A tu jeszcze materiał przedsoborowy: http://www.studiesincomparativereligion.com/public/articles/A_Thomist_Approach_to_the_Vedanta-by_Bernard_Kelly.aspx
« Ostatnia zmiana: Sierpień 02, 2017, 20:54:49 pm wysłana przez Adimad » Zapisane
Regiomontanus
aktywista
*****
Wiadomości: 3361


« Odpowiedz #13 dnia: Sierpień 02, 2017, 22:20:20 pm »

... to samo dotyczy też dużej części literatury w ogóle, z "wielkimi klasykami" włącznie

Dlatego najbezpieczniej czytać klasyków matematyki. W takich np. Elementach Euklidesa czy Introductio in analysin infinitorum Eulera nie ma za grosz zagrożenia duchowego  ;D
Zapisane
Certe, adveniente die judicii, non quaeretur a nobis quid legerimus, sed quid fecerimus.
Adimad
aktywista
*****
Wiadomości: 1283

« Odpowiedz #14 dnia: Sierpień 02, 2017, 22:41:40 pm »

A w tym?  ;D

http://cnqzu.com/library/Philosophy/neoreaction/Rene%20Guenon/Ren%E9_Gu%E9non_The_Metaphysical_Principles_of_the_Infinitesimal_Calculus_Collected_Works_of_Ren%E9_Gu%E9non____2004.pdf
Zapisane
Strony: [1] 2 Drukuj 
Forum Krzyż  |  Disputatio  |  Sprawy ogólne  |  Wątek: Tomasz Merton « poprzedni następny »
 

Działa na MySQL Działa na PHP SMF 2.0.14 | SMF © 2014, Simple Machines Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!